Czyżby Kurek zastanawiał się nad zakończeniem reprezentacyjnej kariery? Lub nad jej przerwaniem? Mam nadzieję, że to tylko wypowiedziane na gorąco słowa, a za nimi nie pójdzie tak bolesna decyzja. Kurek jest potrzebny tej reprezentacji. Albo jeszcze inaczej: nie stać nas na stratę kolejnej biało-czerwonej gwiazdy!


Za dużo zmian


Po mundialu 2014 roku z kadrą rozstali się Michał Winiarski, Mariusz Wlazły i Paweł Zagumny. I do dziś chyba stratę tych trzech siatkarzy widać w grze naszej ekipy. Jeśli nie pod względem technicznym, to na pewno mentalnym. Następcy i zastępcy potrzebują czasu.


Z wyjściowego składu, który rozpoczął finał mistrzostw świata z Brazylią, na mecz z Amerykanami w Rio, najważniejsze spotkanie ostatnich dwóch lat w polskiej siatkówce, wyszli tylko Piotr Nowakowski, Paweł Zatorski i Mateusz Mika. Trzech z siedmiu siatkarzy! Nic dziwnego, że od pamiętnego starcia w Katowicach nasza reprezentacja wygrała tylko jeden mecz o wszystko, tylko jedno spotkanie o być albo nie być. W pozostałych presja, stawka lub czysto sportowe umiejętności prowadziły nas do przegranych…


Zbyt wielka presja


Od 21 września 2014 roku naliczyłem osiem takich meczów „in or out”, jak mawiają Amerykanie – spotkań o najwyższą stawkę, meczów które decydowały o losach w turnieju, o medalach, awansach. Pierwszym z nich był półfinał Ligi Światowej 2015 z Francją. Wcześniej mieliśmy fazę grupową, w której Polacy wygrali 8 z 12 spotkań oraz grupę finałową już w Rio de Janeiro (w pierwszym meczu wygraliśmy z Włochami 3:1 i dzięki temu mieliśmy zapewniony awans do półfinału). Żaden z tych meczów jednak nie decydował o medalach, każdy miał margines błędu. Przegrana z Francuzami i następnego dnia z Amerykanami 0:3 pozbawiły nas medalu Ligi Światowej i podium w tej imprezie.


Kolejne takie spotkanie miało miejsce 23 września 2015 roku. Tym razem stawką był awans olimpijski i złoto Pucharu Świata. Podopieczni Stephane’a Antigi wygrali 10 meczów z rzędu w Hamamatsu, Toyamie i Tokio, aby przegrać ten ostatni z Włochami 1:3. Zajęliśmy trzecie miejsce w turnieju.


Zaraz po powrocie z Japonii Polacy zagrali jeszcze w mistrzostwach Europy w Bułgarii. Tu zaliczyli trzy zwycięstwa grupowe, ale znów z najważniejszym spotkaniu, ćwierćfinale ze Słowenią, przegrali 2:3. Medal czempionatu Europy odpłynął.


Horror w Berlinie


Aby przedłużyć olimpijski sen, biało-czerwoni musieli zagrać w turnieju kontynentalnym w stolicy Niemiec. Po wygranych z Serbią i Belgią przyszła porażka z Niemcami 2:3, a następnie pierwszy „mecz o wszystko” – z Francją. Tylko zwycięzca turnieju dostawał przepustkę do igrzysk, więc z Trójkolorowymi trzeba było zwyciężyć. Nie udało się – przegraliśmy 0:3, a następnego dnia znów biliśmy się o być, albo nie być.


Tylko trzecia ekipa turnieju w Berlinie otrzymywała bilet do Japonii na turniej interkontynentalny. Tym razem się udało – po nieprawdopodobnym horrorze, wygranej w czwartym secie 28:26 i w tie-breaku 16:14, Polacy pokonali Niemców 3:2. To jedyna taka wygrana w ostatnich dwóch latach!


Amerykański koszmar


Olimpijskie paszporty Polacy wywalczyli w Tokio. W stolicy Japonii wygrali sześć z siedmiu meczów i zapewnili sobie prawo startu w igrzyskach olimpijskich. Turniej był jednak rozgrywany systemem grupowym (każdy uczestnik musiał zagrać z wszystkimi rywalami), stąd udana seria spowodowała, że żadne spotkanie nie niosło ryzyka utraty awansu, w żadnym nie byliśmy pod ścianą.


W dobrych nastrojach, ledwie 12 dni po ostatnim spotkaniu w Japonii, biało-czerwoni rozpoczęli więc tegoroczną Ligę Światową. Jej finały miały się odbyć w Polsce, więc znów graliśmy bez presji. Rotacje w składzie spowodowały, że wygraliśmy tylko trzy z dziewięciu spotkań i zameldowaliśmy się w Krakowie.


Pod Wawelem Polacy wygrali z Francją 3:2, ale to nie wystarczyło do awansu półfinału i następnego dnia trzeba było pokonać Serbię. Nie udało się – przegraliśmy kolejny „mecz o wszystko” 1:3 i polecieliśmy do Brazylii.


Historię z igrzysk wszyscy mamy świeżo w pamięci – pięć spotkań grupowych graliśmy bez większego ryzyka, ale ćwierćfinał z Amerykanami przegraliśmy 0:3.


To tylko liczby?


Fakty są takie, że w pierwszym roku kadencji Antigi Polska zagrała 31 meczów i przegrała 8 z nich (26%), w tym na mistrzostwach świata tylko z Amerykanami 1:3. W tych najważniejszych zawsze byliśmy górą.


Od finału mistrzostw świata podopieczni francuskiego selekcjonera zagrali 60 oficjalnych spotkań, z czego przegrali 20 z nich (33%). Łącznie więc w 91 starciach – do tego dochodzi 9 meczów towarzyskich, bowiem w sumie mecz z Amerykanami w Rio był setnym pod wodzą Antigi – zanotowali 28 porażek (31%). Ale z tych wyliczonych ośmiu „mistrzowskich starć” wygraliśmy tylko raz (13%)!


Może to tylko liczby, może nie mają żadnego znaczenia, ale faktem jest, że nie potrafimy wygrywać finalnych rozgrywek, że z pięciu ostatnich turniejów wywalczyliśmy „tylko” brązowe medale Pucharu Świata, które w dodatku nie dawały nam wówczas najważniejszego – olimpijskiego awansu.


Faktem jest także, że do Rio poleciał młody (średnia wieku wynosi nieco ponad 26 lat) i nie do końca doświadczony skład (tylko Kubiak, Nowakowski i Kurek grali już wcześniej na igrzyskach). Za cztery lata w Tokio najstarszy z wybrańców Antigi, Rafał Buszek będzie miał dopiero 33 lata, a najmłodsi – Bartosz Bednorz i Mateusz Bieniek po 26. Jeśli dodamy do tego 27-letniego wówczas Leona, możemy mieć fantastyczny zespół. Potrzeba tylko cierpliwości i wiary, znów zbudowania zwycięskiej atmosfery pełnego poświęcenia, aby wrócił mistrzowski gen. Czy pod wodzą Antigi? To już temat na inne rozważania…