Z drugiej strony patrząc na zestaw ludzi, którzy wybiegli na boisko, trudno było znaleźć kogokolwiek, kto byłby w stanie to zrobić. Może z wyjątkiem Tomasza Jodłowca, bo to wojownik, ale jednak bez cech lidera.

 

Ale czy można się  dziwić, skoro w zespole nie ma już Artura Jędrzejczyka, Igora Lewczuka, Ariela Borysiuka, a z powodu kontuzji nie mogły zagrać dwa Michały w osobach Kucharczyka i Pazdana oraz pauzujący za kartki Adam Hlouśek? To aż sześciu ważnych ludzi z poprzedniego mistrzowskiego sezonu. Z każdym z nich – a odszedł przecież również Ondrej Duda – postawa Legii nie wyglądałaby tak fatalnie jak w środę. 

 

Ani Thibaut Moulin, ani Vadis Odjidja Ofoe, ani Steeven Langil, ani Michaił Aleksandrow nie są typami piłkarzy, którzy w trudnym momencie będą w stanie Legię poderwać. O jakości dwóch ostatnich – skrzydłowych  - trudno się pozytywnie wypowiadać, skoro mają problemy nawet z tym, żeby dobrze dośrodkować. Do pary Maciej Dąbrowski-Jakub Czerwiński trudno nawet się przyczepić, bo przy Pazdanie, Lewczuku czy będącym w normalnej dyspozycji Jakubie Rzeźniczaku przed takim meczem mogliby marzyć jedynie o ławce rezerwowych. Reasumując: Legia przeciw Borussii personalnie i „charakternie” była więc słabsza niż wiosną w krajowej lidze, kiedy i tak o tym, by zdobyć tytuł, musiała zadecydować ostatnia kolejka. Dodając do tego status quo, jeśli chodzi o dyspozycję od początku sezonu plus klasę przeciwnika wychodzi nam efekt, z którego w brutalny sposób skorzystała ekipa Thomasa Tuchela. Jestem jednak przekonany, że wiosenny team Stanisława Czerczesowa aż tak bardzo nie dałby się stłamsić. I to pewnie także ze względu na osobowość trenera.

 

Besnik Hasi już przed meczem sam strzelił sobie w stopę, mówiąc, że bardziej od zwycięstwa z Borussią wolałby to podczas weekendu z Zagłębiem Lubin. Jedynym wytłumaczeniem jest to, że realnie ocenił sytuację, ale takie słowa przed pierwszym od dwudziestu lat meczem polskiego klubu w Champions League to jednak kompromitacja. Liga Mistrzów to nie tylko miejsce, gdzie chce się awansować po to, by zarobić. Tu wypada się pokazać.

 

Nie do końca rozumiem też na jakiej podstawie w wyjściowej jedenastce wyszedł Valeri Kazaiszwili. Był tak dobry podczas tych kliku wspólnych treningów, by zadebiutować w Legii od razu w pierwszym składzie w takim meczu i w takich rozgrywkach? Na Termalikę nie był jeszcze gotowy, ale na wicemistrza Niemiec już tak? Przecież powinna być jakaś hierarchia, nie wiem jak ten fakt został odebrany przez resztę zespołu. Druga sprawa to posadzenie na ławce Nemanji Nikolica. Człowieka, dzięki któremu Legia zdobyła tytuł i uzyskała upragniony awans do miejsca, do którego przez dwie dekady brama była zamknięta. Ponoć decydowały względy taktyczne – Prijović jest szybszy, silniejszy, lepszy pod kontrę, ale co z tego wynikało? Cała Polska widziała. Kiedyś przed pierwszym meczem Legii w Lidze Europy z PSV Eindhoven Maciej Skorża posadził na ławce Miroslava Radovica. Pamiętam wściekłość Serba, który wtedy miał status podobny do tego jaki obecnie ma Nikolić. Ciekawe, czy reakcja króla strzelców Ekstraklasy mogła być podobna. 

 

Przez lata w rubryce „najwyższa porażka u siebie w Europejskich Pucharach” przy Legii widniał rok 1988 i  wynik 3:7 z Bayernem Monachium w I rundzie Pucharu UEFA. Przez wiele lat ten niechlubny rekord dzierżyła drużyna prowadzona wówczas przez Andrzeja Strejlaua. Tyle, że wówczas Legia, mimo że mocno skarcona, starała się grać w piłkę i zdobyła trzy bramki. Dziś nasz znakomity ekspert i komentator może jednak oddać to miejsce w skarbach kibica Hasiemu i jego Legii. I oby za szybko nie nastąpiła w tym miejscu zmiana.