48-letni „Tygrys” Michalczewski  wcześniej, czy później się tam znajdzie. O to może być spokojny zarówno on sam, jak ci wszyscy, którzy pamiętają długi okres jego panowania w wadze półciężkiej, jak też wiele znakomitych walk, które w tym czasie stoczył.

 

Tym razem pierwszy w kolejce jest jednak Evander Holyfield. Nie chce się wierzyć, że jeszcze go w Hall of Fame nie ma, ale przepisy mówią wyraźnie, że mogą się tam znaleźć tylko ci, którzy minimum od pięciu lat są na sportowej emeryturze. A 53 letni „Holly” ostatnią walkę stoczył w 2011 roku.

 

Młodszy od Holyfielda Michalczewski z zawodowym ringiem pożegnał się znacznie wcześniej. W 2005 roku przegrał przez techniczny nokaut w Francuzem  Farbrice’em Tiozzo. Dwa lata wcześniej stracił mistrzowski tytuł  wadze półciężkiej (WBO), po kontrowersyjnej porażce z Meksykaninem Julio Cesarem Gonzalezem. Obie walki stoczył w Color Line Arena w Hamburgu.

 

To były jedyne porażki w długiej, pełnej sukcesów karierze „Tygrysa”. 48 zwycięstw, w tym 38 przed czasem, mistrzowskie tytuły w dwóch kategoriach (półciężkiej i junior ciężkiej), pasy organizacji WBO, IBF, WBA wystawiają mu świadectwo uprawniające, by dołączyć do grona wielkich czempionów, którzy mają już swoje miejsce w Międzynarodowej Bokserskiej Galerii Sław (Hall of Fame).

 

Dariusz Michalczewski po pas WBO w wadze półciężkiej sięgnął 10 września 1994 roku w Hamburgu wygrywając na punkty z obrońcą tytułu Amerykaninem Leeonzerem Barberem. Trzy miesiące później w tej samej hali zdobył pas WBO w wadze junior ciężkiej nokautując Argentyńczyka Nestora Hipolito Giovanniniego i szybko z tego tytułu zrezygnował. Mistrzem kategorii półciężkiej był ponad dziewięć lat, aż do porażki z Gonzalezem.

 

W 1997 roku zdobył też pasy WBA, IBF ( ale ich nie bronił) po zwycięstwie z Virgilem Hillem w Oberhausen. Wbrew temu co podają niektóre źródła stawką w tym pojedynku nie był pas WBO należący do Michalczewskiego. Tak na wszelki wypadek.

 

To był znakomity pojedynek, jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy w karierze „Tygrysa”. Świetną walkę były mistrz Polski stoczył też z Markiem Prince’em rok później, w tym samym mieście. Anglik został znokautowany w ósmej rundzie.

 

Trudnym rywalem był Montel Griffin, którego Michalczewski zatrzymał w Bremie w ostatniej sekundzie czwartej rundy. Były rywal Roya Jonesa Jr miał pretensje do sędziego Joe Corteza, że przedwcześnie przerwał pojedynek, ale jestem przekonany, że i tak „Tygrys” by go znokautował. Komentowałem tę walkę, podobnie jak zdecydowaną większość walk Michalczewskiego, siedziałem przy ringu i widziałem co się dzieje. Darek złapał już właściwy rytm, jego lewy prosty trafiał tam gdzie trzeba, kilka potężnych prawych też wstrząsnęło Amerykaninem, więc koniec był bliski. Inna sprawa, że Cortez trochę się pośpieszył, nie musiał tego robić, choć z drugiej strony Griffin nie odpowiadał na ciosy Polaka walczącego pod niemiecką flagą, więc z formalnego punktu widzenia sędzia miał takie prawo.

 

Warto pamiętać, że to ten Griffin, który w 1997 roku stoczył dwie walki z Royem Jonesem Jr. Pierwszą wygrał przez dyskwalifikację rywala, w drugiej został znokautowany już w pierwszej rundzie. A kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 1996 roku sensacyjnie pokonał Jamesa Toneya.

 

Wielka szkoda, że nigdy nie doszło do starcia „Tygrysa” z prawdziwym królem wagi półciężkiej, Jonesem Jr. Faworytem byłby z pewnością Amerykanin, ale Michalczewski też miał swoje atuty. Jego lewy prosty nie miał sobie równych, a lewym sierpowym gasił rywali jak świeczki. Do tego ta jego niesamowita wydolność, którą wykańczał rywali.  Z całą pewnością był wielkim mistrzem i bez wątpienia zasługuje na miejsce w „Galerii Sław”.

 

A kiedy się tam wreszcie znajdzie? Nie ma to większego znaczenia, nie musi się śpieszyć. Nieśmiertelna „Galeria Sław” na niego czeka.