Dla kibiców spodziewających się absolutnej klęski wtorkowe 1:5 stało się wynikiem dość przyzwoitym, dla piłkarzy Legii, z którymi rozmawiałem zaraz po meczu, było to raczej dojmujące doznanie z wnioskiem, że w klubowej piłce jesteśmy tym, czym dla futbolu reprezentacyjnego San Marino czy inny Gibraltar.

Legioniści nie kryli, że w starciu z gigantami sukcesem będzie niewykopywanie piłki na oślep, próba zawiązania akcji kilkoma podaniami na połowie rywala, wreszcie każdy pojedynczy gol, nawet jeśli miałby paść po rzucie karnym. Oczywiście zostaniemy z innym wrażeniem, jeśli jedynie spojrzymy tylko na wynik meczu na Santiago Bernabeu, z jeszcze innym, jeśli obejrzymy spotkanie z wysokości trybun, wytkniemy sędziemu dwa karygodne błędy (brak drugiego karnego dla Legii, gol ze spalonego Realu), docenimy akcję, po której legioniści trafili w słupek oraz kilka innych, gdzie w dogodnej sytuacji zagrzała im się głowa.

Jeśli dołożyć do tego reakcje gości honorowych loży prezydenta Florentino Pereza, m.in. Elimio Butrageno, który nie spodziewał się, że mistrzowie Polski tak swobodnie mogą hasać na połowie rywala, uznamy, że 1:5 to najbardziej przyzwoity wynik klubowej polskiej piłki ostatnich lat. Jednak przegrana różnicą czterech goli w obowiązującym kanonie wciąż pozostaje dotkliwą lekcją, taki przekaz idzie w świat.

Zamiast się cieszyć, mam wrażenie, że mecz w Madrycie wpędził piłkarzy Legii w mocno refleksyjny stan. W rozmowach prywatnych, już na lotnisku niektórzy wymieniali między sobą ciekawe dialogi. „We wtorek grasz przeciwko Ronaldo, Bale’owi, wracasz, a przed tobą perspektywa potyczek w Łęcznej, Niecieczy czy Płocku. I tu, i tu trochę nie pasujesz”…

Sporo w tym prawdy. Mecz z Realem śledziłem od zaplecza, kilka rzędów dalej ode mnie siedział prezes Realu Florentino Perez. Cała oprawa tego szczególnego miejsca, atmosfera weń panująca, sposób podejmowania gości, etc to prawdopodobnie jedyne pole, na którym Legia nie powinna mieć żadnych kompleksów. Nie dalej jak kwadrans po ostatnim gwizdku wszyscy pośpiesznie wynosili się ze stadionu, nikt nie rozprawiał o zakończonym dopiero meczu, około 23.30 było już zupełnie pusto. Bywalcy tego typu miejsc w kraju i na świecie stwierdzili zgodnie, że pod tym względem to akurat Hiszpanie mogliby się od mistrzów Polski wiele nauczyć.

Odrębną, choć nie mniej istotną kwestią pozostaje sprawa chuliganów, którzy narozrabiali podczas wyjazdu. Incydent trwał krótko, na tyle, że jeśli ktoś nie był bezpośrednim świadkiem starć z policją, pozostał w przekonaniu, że Hiszpanię odwiedzili zwyczajni, kochający futbol fani, a nie rozwścieczone hordy, o których wspomina teraz tamtejsza prasa i telewizja. Właściwie już od poniedziałku, jak się niestety okazało słusznie, podnoszono, że może dojść do wybryków, w dniu meczu kilku chuliganów dało pretekst do długich story na łamach codziennych wydań aż do czwartku.

Byłem w Madrycie w wielu miejscach, widziałem rzesze ubranych w białe koszulki kibiców Legii, którzy przechadzali się w centralnych punktach miasta jak gdyby nigdy nic. Ich poprawność, została jednak w cieniu bijatyki spod stadionu, tak jak zupełnie nie mówi się o niespełna czterotysięcznej grupie, która skutecznie zagłuszyła ponad 60 tys. pozostałych na trybunach fanów.

Wszystko to powoduje, że zamiast atmosfery wielkiego święta, mamy kolejny pasztet, z którego trzeba wyjść jak najmniej poharatanym wizerunkowo. Chwilę po meczu, czy nazajutrz na lotnisku nie widziałem ludzi rozradowanych udziałem w wielkiej piłkarskiej przygodzie, a przygnębione twarze władz Legii, jej zawodników, czy pracowników, którzy pojechali do Hiszpanii. Ich wysiłek ponownie został zniweczony przez kilku idiotów, piłkarzom zaś pozostaje jeszcze większe przekonanie, że w warstwie sportowej klubową polską piłkę dzieli od wielkich tego świata rów nie do zasypania. Mimo wszystko, warto było się o to starać, choćby dla doświadczeń i możliwości konfrontacji marzeń z rzeczywistością.