Zostawmy Józefa Wojciechowskiego, jego kampanię i styl, w jakim poległ z Bońkiem. Jego kuriozalna kandydatura jest o tyle znacząca, że dała dowód temu, jak wciąż słabe jest środowisko piłkarskie w Polsce, które nie podołało wystawić sensownego kontrkandydata dla Bońka. Nie po to, by lać się z nowym-starym szefem PZPN bez pardonu. Po to, by w merytorycznym sporze zrobić dla polskiego futbolu jeszcze więcej, wywołać dyskusję, spowodować niewielki płodozmian, który zawsze dobrze służy każdej organizacji.

 

Usłyszałem od wielu osób, że Boniek nie doczekał się sensownego kontrkandydata, bo nikt nie chciał z nim przegrać z kretesem. Być może, ale to źle dla samego Bońka. Szef PZPN jest zarządcą autokratycznym, nie zmienia się to mimo lat, wszystkie cechy boiskowego, nieznoszącego sprzeciwu lidera przeniósł z boiska do życia biznesowego, a teraz do związkowego gabinetu. Nie jestem blisko, ale od osób, które w polskiej piłce znaczyły i znaczą wiele wiem dobrze, jak wygląda rzeczywistość. Boniek nie lubi sprzeciwu, zresztą jego osobowość jest na tyle mocna i dominująca, że nie znajdziemy w jego otoczeniu nikogo, kto mógłby i odważyłby się powiedzieć "nie" lub nawet "może inaczej".

 

Piszę to absolutnie bez złośliwości, zwłaszcza u ludzi biznesu znajdziemy mnóstwo przywódczych do granic cech, ale i oni rozumieją, że nie ma rozwoju bez twórczego sporu. Na idącej w dyktat autokracji poległo wiele przedsiębiorstw, o jej zgubnym wpływie przekonało się wiele partii politycznych, na naszej scenie Platforma Obywatelska, która uwierzyła w swoją wielkość i bezkresne rządy. Po kolejnych wyborach nie doszło do weryfikacji, wytknięcia błędów, wyciągnięcia wniosków.

 

To chyba najtrudniejsze zadanie dla Bońka. Kolejnych wyborów już nie wygra, bo nie może w nich wystartować. Nie musi więc zabiegać o niczyje poparcie, pytanie tylko, którą drogą pójdzie. Czy będzie tym bardziej impregnowany na wartościowe rady z zewnątrz, zadowalając się dobrym, choć nie zawsze szczerym słowem najbliższych? A może jednak zdecyduje się na drugi kierunek: wybaczy tym, którzy być może szli/idą pod prąd, za to z wartościowymi ideami i planami ich realizacji.

 

Wiem, że nie ma świata bez chorób i wojen, ale marzą mi się wybory, w których przegrany zapraszany jest przez zwycięzcę do zarządu, stają odtąd w jednej drużynie realizując najlepsze pomysły, nie podgryzając się wzajemnie. By tak się stało, musi zostać spełniony warunek: kampania przegranego nie mogłaby opierać się jedynie na próbie zdyskredytowania przeciwnika, wyciągnięcia na niego jak najwięcej kwitów, niewygodnych świadków, itd. Wojciechowski, niestety, skupił się tylko na tym. I właściwie jest to moment, kiedy po raz ostatni w kontekście PZPN należy wymieniać jego nazwisko.

 

Za czasów Bońka w PZPN zmieniło się wiele. Nie jest to już związek i jego szef, którego należy się wstydzić. Pomijam oczywistości estetyczne, to sprawna machina, która także dzięki coraz lepszym wynikom reprezentacji uczyniła ze związku modelowy biznes z wieloma partnerami, przejrzystym budżetem, rezerwą pozwalającą przetrwać niespodziewane zawirowania, etc. Ma rację Jan Tomaszewski, na stadionach coraz rzadziej słychać bluzgi na PZPN, nie wstyd już nosić związkowego krawata, nie ma też obawy, że którykolwiek z prominentnych działaczy zwymiotuje na bankiecie.

 

Ale też zjazd wyborczy pokazał, że polska piłka nie przeszła rewolucji do końca. Wprawdzie PZPN-owska fasada została odnowiona, ale za nią wciąż kryje się przyprawiający o rumieniec wstydu beton. Beton, który w obliczu wyborów wciąż znaczy wiele, trzeba czynić do niego umizgi, zabiegać, naginać się, przekonywać. Nie byłem na zjeździe, ale przytaczane zza kulis dialogi, część z nich nagrana przez kolegów radiowców, dowodzi, że przed Bońkiem jeszcze trudniejsza kadencja. Poza kwestiami merytorycznymi, takimi jak szkolenie dzieci i młodzieży, trenerów, warto zadbać, by do związkowej centrali poprzez związki wojewódzkie weszło jeszcze więcej młodych ludzi, byłych piłkarzy i nie tylko. Ludzi, za których nie jest wstyd, mają pasję i pojęcie o swojej pasji. Niech wyprą na dobre postaci pokroju towarzysza Hańderka i innych, których visus bliższy jest obecnym czasom niż epoce Gierka. O ich łaskawość Boniek walczyć już nie musi. Niech za cztery lata zostawi polską piłkę naprawdę murowaną. Nie betonową.