Nie minęły minuty, odkąd świat obiegła informacja o przedłużeniu przez Lewandowskiego kontraktu z Bayernem Monachium do 2021 r., a zaczęła się medialna jatka. Dla jednych istotny był sam fakt, że jeden z najlepszych klubów na świecie nie wyobraża sobie przyszłości bez Polaka, dla innych na plan pierwszy wysunęły się idące za tym korzyści materialne. 15, 20 mln euro - licytowały się portale, a wraz z nimi kibice. Dalej licytacji nie było, raczej dwubiegunowa dyskusja, czy to moralne, by kopacz skórzanej piłki tyle zarabiał, kiedy w innych częściach świata czy nawet w Polsce jest wielu potrzebujących oraz czy to możliwe, że poważnych komentatorów zajmuje kolejna finansowa umowa napastnika reprezentacji Polski zamiast konające we krwi Aleppo.

 

Ludzie, opamiętajcie się - w lawinie mniej lub bardziej sensownych argumentów przedzierały się tylko nieliczne głosy rozsądku. Bo fakt, nowa umowa Lewandowskiego na pewno nie jest powodem, by Ziemia wstrzymała oddech, choć dla sportowego światka to na pewno istotny przekaz. Więc przesadzają tak ci, którzy na drobne euro centy roztrząsają lukratywne kontrakty sportowych gwiazd, pławiąc się wirtualnie w ich luksusie, jak i ci, którzy uważają, że należy ignorować tego typu wieści.

 

Trudno dyskutuje się, kiedy trzeba stawiać na szali istotności sportową rozrywkę z niosącymi śmiertelne żniwo konfliktami. Trudno godzić się, że świat milczy, kiedy na jego oczach rozgrywają się sceny ludobójstwa, ale przecież też ten sam świat nie zatrzymał się nawet, kiedy dochodziło do wielkich zbrodni II wojny światowej, etc.

 

Czułem zażenowanie wobec wczorajszych dyskusji, zresztą podobnie jak tydzień temu, kiedy wybuchło "Royal Baby po polsku". Przy czym w tym wypadku uważam, że szaleństwo z nienarodzonym jeszcze potomkiem najlepszego polskiego piłkarza nie dowodzi – jak sugerują niektórzy – o naszych kompleksach, wścibstwie czy skłonności do plotkowania o cudzym życiu, czy nawet zidioceniu społeczeństwa. Sądziłem, że to był znak, że doczekaliśmy bohatera, który nie dzieli według żadnego kryterium, jest uwielbiany, a sam nie ma problemu, by dzielić się osobistymi sukcesami z całym światem. Sądziłem, bo niektóre komentarze pokazały, że jednak i globalny sportowy bohater jest w stanie Polaków spolaryzować.

 

Ustalmy jedno; dotychczasowe informacje o przyjściu na świat dziecka kogoś znanego nie wykraczało poza plotkarskie stronki internetowe i bulwarowe gazety. Były to powielekroć informacje obliczone na efekciarstwo, sztuczny szum, podniesienie celebryckiej rangi tych, których ta informacja dotyczyła. Gestem Lewandowskiego, który po strzelonym we wtorek golu symbolicznie wziął kciuk do ust, a piłkę włożył pod obcisłą koszulkę, zainteresowała się nie tylko polska powiatowa, ale najpoważniejsze serwisy informacyjne, w ślad za nimi portale z ambicjami. Raczej w konwencji gratulacji, uśmiechu, czasem mniej lub bardziej wyszukanego żartu. O macierzyństwie Anny Lewandowskiej dyskutowaliśmy w poranku Polsat News, stacji, którą widzowie uważają za poważną. Nie o ciąży jako zjawisku ginekologicznym (który trymestr, etc), a o fenomenalnej passie piłkarza, który pokonuje kolejne niemożliwe by się zdawało rekordy sportowe, choć mało kto dawał mu szansę. A do tego piłkarza, który żyje w szczęśliwej rodzinie, zachowuje się przyzwoicie, choć jest jednym z najbogatszych Polaków, itd.

 

O gest Lewandowskiego zahaczył mnie jeden z profesorów medycyny, pytał także rozpoznawalny w swojej branży biznesmen, nie omieszkał zagaić o to stróżujący w bloku ochroniarz. Wiem, że to niewielka próba, by silić się na socjologiczne wywody, a w tak małej skali widać jak na dłoni, że szczęściem Lewandowskiego żyła większość. Politycy od lewa do prawa także z głową państwa na czele. Gratulował też publicznie prezes PZPN Zbigniew Boniek i koledzy z reprezentacji Polski. Większość, ale nie wszyscy, bo w Internecie wylał się hejt.

 

Tłumaczyłem raptusom, że Lewandowski zrobił to, bo czuł potrzebę. Zaczekał na odpowiedni moment, nie paplał wszystkim naokoło, połączył to wyśmienicie z fenomenalnym golem i dedykacją dla żony. Czuł potrzebę, by tak zrobić, nie kalkulował zapewne, jakie korzyści mu to przyniesie, podejrzewam, że rozgłosu wokół siebie na pewnie na co dzień dość.

 

Ale i tu Lewandowski zaczął nas dzielić. Fakt, zapanowało totalne szaleństwo, ale może zastanówmy się, czy nie jest ono konsekwencją deficytu prawdziwych bohaterów. Takich, którzy pozwolą nam choć na chwilę wyjść z tak uwierającego nas świata kompleksów. I tych sportowych, i tych społecznych.