Szczypiorniści w czwartek spotkali się w Kielcach, gdzie - z krótką przerwą świąteczną - do końca roku będą wykuwali formę na mundial. I wszyscy skupiają się właśnie na czekającej ich cieżkiej pracy, nikt nie mówi o podboju francuskich parkietów. Bo mundial we Francji ma być początkiem budowy nowej drużyny. Drużyny, która za cztery lata z powodzeniem wystąpi w igrzyskach olimpijskich w Tokio.

Taką optykę patrzenia na występy Biało-Czerwonych może przyjąć selekcjoner, szefowie związku. Chyba jednak nie kibice. Gdy 12 stycznia wieczorem Polacy wybiegną na parkiet hali w Nantes, by zmierzyć się z Norwegami, żaden fan z szalikiem dumnie powiewającym u szyi nie będzie analizował, w jakim miejscu ten zespół będzie za lat kilka. Będzie chciał zwycięstw, awansów, medalu. Po pierwsze dlatego, że taka jest natura kibica. Po drugie: przyzwyczaił się w ostatnich dziesięciu latach do sukcesów szczypiornistów.

Bardzo chciałbym się mylić, ale kibiców - zwłaszcza tych, którzy handbalem ineteresują się raz do roku - najprawdopodoniej czeka rozczarowanie. Traktując rzecz uczciwie, należy powiedzieć, że od sukcesu bardziej realna jest katastrofa, czyli brak awansu do 1/8 finału.

Czarnowidztwo? Niestety nie. W grupie A nie widać - z wyjątkiem Japonii - drużyny, w starciu z którą będziemy faworytem. A kogoś jeszcze wyprzedzić będzie trzeba, bo z sześciozespołowej grupy wychodzą cztery ekipy. Polacy zaczynają zmagania grupowe od meczu z Norwegią (tą samą, która pokonała nas w Krakowie na EURO 2016), a kończą batalią z Francją. Jakikolwiek punkt w tych konfrontacjach byłby wielkim osiągnięciem.

Nieco łatwiej powinno być z Rosją i Brazylią. Ale "łatwiej" w tym wypadku nie oznacza - łatwo. Brazylijczycy robią stałe postępy i z roku na rok zmniejszają dystans dzielący ich od czołowych europejskich ekip. Boleśnie przekonaliśmy się o tym kilka miesięcy temu przegrywając z Brazylią podczas igrzysk w Rio de Janeiro. Rosjanie od dłuższego czasu nie potrafią zażegnać kryzysu, ale najpewniej i tak przywiozą do Francji kadrę potencjalnie mocniejszą od naszej.

No właśnie, siła naszej kadry. Ostatni element układanki przedstawiającej dość ponury obraz ekipy Talanta Dujszebajewa. Do zakończenia reprezentacyjnej kariery przez kilku naszych herosów (Szmala, Bieleckiego, Lijewskiego, Bartka Jureckiego) złośliwy los dorzucił kontuzję absolutnego lidera tej drużyny - Michała Jureckiego.

Tylu nieobecnych, TAKICH nieobecnych nie da się zastąpić. Jestem przekonany, że zawodnicy, którzy pojadą do Francji mają tego świadomość. Rafał Przybylski nigdy nie powie, że jest lepszy od Krzysztofa Lijewskiego, Tomasz Gębala na porównanie do Karola Bieleckiego absolutnie się nie zgodzi, Walczak i Daćko o Bartoszu Jureckim mogą opowiadać godzinami, jako o swoim idolu i niedościgłym wzorze.

Prawda jest taka, że z większymi nadziejami jechaliśmy do Szwajcarii na pierwszą wielką imprezę za kadencji Bogdana Wenty - mistrzostwa Europy 2006. I oczywiście na każdą kolejną. W XXI wieku zagraliśmy na sześciu mundialach. Najniżej skończyliśmy w 2003 roku w Portugalii - na dziesiątym miejscu. Teraz nawet taki rezultat byłby absolutnie satysfakcjonujący. Niestety bardzo wiele wskazuje na to, że może być gorzej.

Chyba, że przez nabliższe dwa tygodnie w Kielcach, i w ciągu kilku dni nowego roku w Pruszkowie i w Hiszpanii Talant Dujszebajew i jego ekipa dokonają cudu. Będę mocno trzymał za to kcuki. I za to, żeby powyższy tekst okazał się proroctwem kompletnie chybionym.