Skrok jest, choć bliższe prawdy powiedzieć będzie, że był, trenerem siatkarek Developresu SkyRes Rzeszów. Przejął drużynę, ubiegłosezonowego beniaminka w grudniu 2015 r. Objął zespół z katastrofalnym bilansem dwóch wygranych i aż dziesięciu porażek. Sezon już wtedy należało spisać na straty. W nowych rozgrywkach, po dość solidnych i przemyślanych wzmocnieniach, drużyna z Rzeszowa wystartowała świetnie, ulokowała się w czołówce, kibicom, a przede wszystkim działaczom rozbudziło to apetyty nad wyraz.

 

Wtedy też trener Skrok podjął heroiczną decyzję o ratowaniu zdrowia i życia swojego syna. Nie zważając na konsekwencje - tyleż zdrowotne, co zawodowe - oddał mu nerkę. W tym samym czasie klub z Rzeszowa uznał, że szkoleniowiec nie będzie zdolny do pracy i zatrudnił nowego trenera.

 

Wywiązała się z tego medialna burza. To zrozumiałe, tego typu ckliwe historię zalewają nas co dzień. Budzi się w nas empatia, współczucie i należne bohaterowi historii ludzkie traktowanie. Budzi się coraz rzadziej, bo i historii tego typu jest coraz więcej, liczące na odsłony media chętnie je lansują, a i nie brakuje naciągaczy żerujących na ludzkich sumieniach. Sprawa trenera Skroka nie wpisuje się jednak w scenariusz. Jest znacząco inna, każe nabrać dystansu, zweryfikować priorytety, zastanowić się, co jest w życiu naprawdę istotne.

 

Sprawa trenera Skroka byłaby nawet zrozumiała, gdyby klub okazał mu szczere, należne w takich sytuacjach wsparcie. Pomijam elementarne odruchy - tak po ludzku nie zwalnia się z roboty kogoś, kto jest w tak trudnej sytuacji. Chodzi o to, że gdyby klubowi na trenerze Skroku istotnie zależało, działacze zatrudniliby kogoś do pomocy, kogoś na chwilę. Ale wygląda na to, że tu wcale nie o pomoc chodzi, a o pozbycie się pracownika, który być może nie będzie w stanie zaspokoić rozbuchanych aspiracji klubu. Klubu, co przypomnę raz jeszcze, w ubiegłym sezonie pałętał się w ogonie Orlen Ligi.

 

Skrok zapewnia, że po rehabilitacji będzie zdolny kontynuować swoją pracę, a właściwie gotowy jest już teraz, co mają potwierdzać opinie specjalistów. Działacze uznali, że jednak nie, i dlatego zatrudnili nowego trenera. Został nim Włoch Lorenzo Micelli. Trener - biorąc pod uwagę zarobki i dotychczasowe miejsca pracy - na stałe, a nie na chwilę.

 

Wywiązała się z tego burza, bo trudno zareagować na taki stan rzeczy inaczej niż złością, i ta burza trwać będzie. Co prawda klub zwęszył nadciągający wizerunkowy armagedon i w wymuskanym PR-owo oświadczeniu zdementował, że Skroka zwolnił, ale po wczytaniu się w jego treść łatwo się domyślić, że Skrok nie zostanie zwolniony teraz, a w maju 2017 r., bo do tego czasu ma ważny kontrakt.

 

Jeśli Developres SkyRes jest taki szlachetny i w Skroka wciąż wierzy, chcielibyśmy zobaczyć tego trenera, który na ławkę wraca. Jeśli nie dziś, bo klub tłumaczy, że szkoleniowiec musi odpocząć, to za miesiąc, dwa lub trzy. W tej samej roli, na tych samych zasadach, z tym samym zakresem obowiązków.

 

Nie wierzę jednak, by tak się stało. Nie wierzę również, że Micelli jest tylko na chwilę. Są sytuacje, kiedy każdy kolejny ruch, który ma odkręcić sprawę, wpędza w jeszcze większe tarapaty. I tak jest z Developresem SkyRes. Jakkolwiek zakończy się ta sprawa, choć szczerze wątpię, by Skrok wrócił do pracy na dotychczasowych warunkach, za jej puentę posłuży stary dowcip: wprawdzie portfel się znalazł, ale niesmak pozostał.