To nieuniknione, piłkarska kariera nie trwa wiecznie, odchodzą na emeryturę kolejne pokolenia. Częściej jednak to z nich rezygnują, kiedy przestają się nadawać lub są zwyczajnie niepotrzebni. Jest jednak wąska grupa graczy, którzy sami umieją powiedzieć „dość”. I to właśnie ich zapamiętujemy najbardziej. Dziś „dość” powiedział 37-letni Boruc.

 

W dobie grzecznych, ułożonych, coraz bardziej profesjonalnych piłkarzy, Boruc potrafił wpisać się w nowe czasy, zachowując swoje urzekające enfant terrible sprzed lat. Może to i dobry moment, żeby przypomnieć wyskoki jednego z najbardziej szanowanych reprezentantów ostatnich lat, ale byłby to obraz niepełny. Trzeba też wspomnieć o jego niebagatelnych umiejętnościach, charyzmie, której może pozazdrościć mu każdy z kolejnych następców w kadrze, i zwyczajnej niezależności, którą Boruc wręcz zarażał.

 

Z dykteryjek pozaboiskowych o jednej jednak wspomnę, to moja wspólna z kumplem wizyta w Glasgow. Przyjechaliśmy w listopadzie 2007 r. na mecz Celtic – Szachtar, w tym drugim występował wtedy Mariusz Lewandowski. Nim jednak dotarliśmy na stadion, przeszliśmy całe miasto wprost z dworca kolejowego. Nieco bez świadomości, czy aby nie zapuszczamy się w niebezpieczne rewiry Rangersów, dekadę temu nikt nie słyszał przecież o mapach w smartfonach. Nawet chyba nie było smartfonów.

 

Ruszyliśmy w dobrą stronę aleją Gallowgate, choć przechadzka nie należała do najbardziej wyrafinowanych. W szarobure listopadowe popołudnie spoglądaliśmy na surowe kamienice, w których wydawało się, że jedynymi otwartymi lokalami były urządzone w minimalistycznym stylu puby. W środku kilka wysokich beczek, które służyły za stoły, żadnych krzeseł, za to w każdym mnóstwo ludzi. Sami mężczyźni, na oko w przedziale wiekowym 30-70.

 

To właśnie przez nich trasa, którą przeciętnie pokonuje się w mniej niż godzinę, zajęła nam godzin kilka. Wystarczyło, że odezwaliśmy się do siebie w języku polskim, budziliśmy nieprawdopodobną ciekawość. Kiedy udawało im się potwierdzić, że istotnie, jesteśmy rodakami Boruca (o grającym wówczas w Celtiku Macieju Żurawskim nikt się nie zająknął), zapraszali nas na lanego Guinessa. Byli i tacy, którzy wręczyli nam po zielonym szaliku z podobizną polskiego bramkarza i wielkim napisem „The Holy Goalie”. To już była przepustka absolutna do każdego tego typu miejsc. Uśmiechał się do nas sprzedawca w sporym sklepie z pamiątkami, grubas przewracający kotlety do hamburgerów w przystadionowym barze, czy wreszcie sami pracownicy klubu, którzy uznawali, że jeśli jesteśmy „od Boruca”, to oni pokażą nam klub, czy pozwolą zobaczyć stadion od największych zakamarków. A wszystko to w dniu meczu Ligi Mistrzów, a więc dniu podwyższonego ryzyka w standardach UEFA wtedy jeszcze nie tak bardzo restrykcyjnych.

 

Boruc był tam Bogiem. Zaskarbił sobie fanów momentalnie, jak się dowiadywaliśmy, nie tylko prowokacyjną postawą wobec Rangersów, ale wielką otwartością, poświęceniem i - wreszcie najważniejsze - umiejętnościami, jakich nie prezentował długo żaden z jego poprzedników i następców.

 

Zupełnie przypadkiem posadzono nas na stadionie obok Dana Parksa, czołowego wówczas reprezentanta Szkocji w rugby. On też był zachwycony Borucem, zwłaszcza charakterystycznym dla świata rugby oddaniem dla klubu. Opowiadał mi o nim przez całą pierwszą połowę, roztkliwiał się nad każdą interwencją, kiedy wyczytywano nazwisko polskiego bramkarza przed pierwszym gwizdkiem, jak reszta bił mu brawo na stojąco.

 

Podczas meczu temperatura rosła. Tym bardziej że już po pięciu minutach przy ofiarnej interwencji Brandao, Szachtar wyszedł na prowadzenie. Jeszcze w 45 min Jarosik wyrównał, ale na zwycięskiego gola dla Szkotów trzeba było czekać aż do doliczonego czasu, kiedy w ostatniej chwili trafił na 2:1 Donati. Szaleństwu na Celtic Park nie było końca, wszyscy rzucali się sobie w ramiona, jednak to nie strzelec decydującej bramki był najdłużej fetowanym graczem.

 

Poszliśmy do strefy wywiadów, licząc, że uda nam się spotkać któregoś z Polaków. Żurawski przemknął niezauważony, Lewandowski zatrzymał się, pogadał chwilę i poszedł, a Boruc sam nas wychwycił z tłumu słysząc język polski.

 

Stanął, pośmiał się w swoim stylu, opowiadał, jak mu się żyje w Szkocji i zapytał, czy aby nie potrzeba nam jakiejś pomocy. Czuć oczywiście było, że jeszcze w szatni musiał zapalić papierosa, chyba nawet o to zagadnęliśmy, czy mu wolno, ale zbył to charakterystycznym dla siebie uśmiechem. Dopiero później Boruc poszedł do szkockich dziennikarzy, a tam znów widzieliśmy ludzi wpatrzonych w niego jak w obrazek.

 

Pisząc to trudno tak naprawdę oddać, z jak wielkimi emocjami spotykał się polski sportowiec na Wyspach. Być może wcześniej z takim samym namaszczeniem traktowali Dariusza Dziekanowskiego czy Dariusza Wdowczyka, jednak nawet w opinii starszych kibiców to Boruc był jednym z nielicznych obcokrajowców, którzy zaskarbili sobie miłość bezwarunkową.

 

O Borucu pisać by długo. Nie czas, by przypominać jego czasy w Legii, może przecież jeszcze do niej wróci i będzie ku temu okazja, ale warto pochylić się nad Borucem kadrowiczem. Często tak samo genialnym, jak krnąbrnym i nieznośnym. Ponieważ Boruc jest jakiś, ze wszystkimi wadami i zaletami, niespecjalnie dziwiło mnie, dlaczego przyjmował regularne powołania od trenera Adama Nawałki, wiedząc, że przypadnie mu rola najwyżej tego drugiego. Podejrzewam, że w jego charyzmie rozbudziła się też chęć przekazania młodszym kolegom tego, co znają oni jedynie z opowieści – szczególnej atmosfery, zasad, tzw. sztuki sportowego życia. Być może tym, co go determinowało, był głód odniesienia realnego sukcesu z reprezentacją. Wprawdzie stanowił niegdyś kręgosłup drużyny, ale była to rola w grupie, która sukcesy przeplatała porażkami, a w jej DNA wręcz wyryta została przykra dla polskiego kibica zasada „meczu otwarcia, o wszystko i o honor”. Sam Boruc wchodził często w niewdzięczną dla bramkarza rolę tego, który stanął na głowie, ratował zespół jak mógł, był bohaterski do granic, ale rywal oddał ten jeden jedyny celny strzał. Tak było przecież na mundialu 2006 przeciwko Niemcom, czy też dwa lata później na Euro w Austrii i Szwajcarski.

 

Już zupełnie na końcu myślę, że Boruc wrócił – a przypomnijmy, że od momentu wyrzucenia go z kadry przez Franciszka Smudę niewielu dawało mu na to szanse – tylko po to, by odejść. Odejść na własnych warunkach. Taki jest przecież każdy „The Holy Goalie”.