- To był najcięższy nokaut jaki w życiu widziałem – mówił Max Kellerman z HBO przeprowadzający po walce wywiad ze zwycięzcą.

Z pokonanym Stevensem nie porozmawiał, bo chłopak z Brooklynu najpierw leżał przez kilka minut na macie nie dając znaku życia, a potem opuścił ring na noszach (na szczęście już przytomny). Mam nadzieję, że nic mu nie będzie. Ale po takim ciężkim nokaucie – a wcześniej wielkim laniu od Gołowkina – powinien dać sobie spokój z boksem bo igra z życiem.

Przypomniały mi się zwycięskie walki Stevensa z Piotrem Wilczewskim w 2009 i Patrykiem Majewskim w 2014. Obu znokautował, Majewskiego brutalnie. Przed tymi pojedynkami odgrażał się, że to zrobi i słowa dotrzymał. Ale… nosił wilk razy kilka ponieśli i wilka.

Byłem w szoku gdy Stevens (który ma przydomek „Mózgowy Zabójca”) przed walka z Genadijem „GGG” Gołowkinem przekroczył najdalsze granice dobrego smaku i obrażania rywala zamieszczając na Twitterze zdjęcie trumny z napisem „Rip GGG”. Obok trumny zapalone świece, on i grupa kolegów modlących się za zabitego Gołowkina. W ringu było inaczej. To GGG go maltretował, chociaż nie mógł go powalić (ostatecznie wygrał przez tko w 8 r.).

Przed wojną z Lemieux, Stevens znów dolewał oliwy do ognia, odgrażał się, że zamorduje Kanadyjczyka. Skończyło się tak, że to Lemieux omal go nie zamordował.

Lemieux po tej walce otworzył sobie drogę do walki o mistrzostwo świata. Czy to z Canelo Alvarezem czy to z Gołowkinem. Zobaczymy. A „Mózgowy Zabójca” powinien już skończyć karierę. Życie jest przewrotne. Przygotowywał trumnę dla Gołowkina, a Lemieux omal nie przygotował trumny dla niego.