Objawia się on zazwyczaj tuż zaraz po autentycznym lub domniemanym sukcesie. W tym wypadku - sukcesie polskich sportowców. Owa choroba dotyka systematycznie kibiców, dziennikarzy, związkowych działaczy, trenerów, zawodników a czasami i ministrów. Paradoksalnie - najrzadziej ze sportowego resortu. Co tylko nasz, znaczy polski, zawodnik  zdobędzie jakiś medal już mu wróżymy następne na kolejnych igrzyskach olimpijskich, mistrzostwach świata i Europy. Później, w przypadku niepowodzenia drzemy szaty i klniemy na czym świat stoi, bo rozbudzone ambicje wprawiły nas już w stan euforycznego oczekiwania na spektakularny sukces. I po co? Czy nie lepiej wykazać więcej pokory i mniej mówić, a więcej robić?

 

Przykład - ten złoty worek medali polskich lekkoatletów z halowych mistrzostw Europy w Belgradzie to już wartość sama w sobie. Wystarczająco cenny, żeby wzruszyć ministra Witolda Bańkę, ale ze względu na charakter imprezy - niewystarczający, aby Marek Plawgo mógł ogłaszać światu, że oto doczekaliśmy się nowego Wunderteamu.

 

Młodszym Czytelnikom przypomnę, że Wunderteam to była legendarna reprezentacyjna lekkoatletyczna formacja, stworzona przez nie mniej legendarnego trenera Jana Mulaka. To w jego czasach na lekkoatletyczne mecze Polska – USA chodziło w Warszawie 100 tysięcy widzów, a może i więcej.  To on na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku poprowadził do medali igrzysk olimpijskich  i mistrzostw Europy  m.in. Zdzisława Krzyszkowiaka, Jerzego Chromika, Janusza Sidłę, Józefa Szmidta.  Stworzył fundamenty polskich sukcesów na bieżni i skoczni na następne 25 lat, aż gdzieś do Igrzysk w Moskwie roku 1980. Mulak był jednak tylko jeden i Wunderteam był jeden, niepowtarzalny. Drugiego nie będzie. Nie będzie, bo czasy są inne i wszystko się wokół nas zmieniło. Przecież nikomu trzeźwemu nie przyjdzie dzisiaj do głowy mówić, że Robert Lewandowski to nowy Włodzimierz Lubański czy Zbigniew Boniek, bo jak znaleźć obiektywne kryterium, które sprawiedliwie porówna kariery tych znakomitych sportowców. Takich rzeczy robić po prostu nie można, choćby z elementarnego szacunku do wielkich symboli przeszłości.

 

Wracając do naszych lekkoatletów, przypomnijmy sobie kto tak naprawdę rządzi na światowych bieżniach i poczekajmy do sierpniowych MŚ w Londynie, a później do igrzysk olimpijskich w Tokio. Marząc o wynikach podobnych do HME w Belgradzie, cieszmy się z każdego zdobytego tam pojedynczego krążka, i to  bez względu na jego kolor. To założenie dedykuję wszystkim polskim kibicom, dziennikarzom, działaczom i sportowcom, nie tylko w sprawach lekkiej atletyki. Cieszmy się z tego co mamy, bo mamy nie mało, i w pokorze do rzeczywistości nie oglądajmy się na przeszłość. Tamto już nie wróci.