Pamiętam Andrzeja szczególnie, bo gdy on sensacyjnie zdobywał złoty medal na mistrzostwach Europy w Katowicach (1975) w wadze ciężkiej, ja debiutowałem jako dziennikarz na tak wielkiej imprezie. To było wspaniale przeżycie.

Prawdę powiedziawszy na to złoto Biegalskiego w Katowicach właściwie nikt nie liczył. Mieliśmy wtedy w drużynie: Tomczyka, Rybickiego, Rudkowskiego, Gortata, Średnickiego, Massiera, Gotfryda, Jagielskiego, Szczerbę… Właściwie Biegalski był (razem z Jackiem Kucharczykiem, późniejszym brązowym medalistą) ostatni w kolejce do złota. A tymczasem najpierw pokonał Czecha Sommera, potem strasznie znokautował Hussinga z RFN i trochę mniej brutalnie Rumuna Simona. W finale stoczył rewelacyjną walkę z wielkim faworytem Wiktorem Uljaniczem z ZSRR.

Co to była za walka?! Chyba najlepszy pojedynek mistrzostw. Toczony w zawrotnym (jak na wagę ciężką tempie). Biegalski postawił na atak, na cios rywala odpowiadał dwoma. Zdaniem wielu dziennikarzy i trenerów był najlepszym bokserem turnieju (kontrkandydatami byli Klimanow, który wyeliminował Janusza Gortata).

Miał wspaniałe warunki fizyczne (193 cm wzrostu, waga 95), serce do walki, silny cios, gorzej było z obroną. Potem był blisko medalu na mistrzostwach świata w Hawanie (odpadł w ćwierćfinale), na IO w Montrealu przegrał z późniejszym zawodowym mistrzem świata Johnnym Big Tatem. Był trzy razy indywidualnym mistrzem Polski (w raz w ciężkiej, raz w super ciężkiej), i dwa razy drużynowym (z Legią Warszawa i GKS Jastrzębie). Stoczył 237 walk, z których 201 wygrał, 36 przegrał.

W ostatnich latach miał wielkie kłopoty zdrowotne, do których na pewno przyczyniło się uprawianie boksu i to w wadze ciężkiej. Tam lecą na głowę największe ciężary, a Andrzej nigdy nie pękał. Za odwagę płacił w starszym wieku.