Starszy od Biegalskiego Rudkowski odszedł w ubiegłym roku. On, złotym medalem w Katowicach kończył długą i piękną bokserską karierę, a Biegalski dopiero ją zaczynał. Miał wprawdzie za sobą start w pierwszych mistrzostwach świata w Hawanie (1974), gdzie doszedł co ćwierćfinału, ale o ile złoty medal Rudkowskiego w wadze średniej nie był niespodzianką, to jego zwycięstwo w najcięższej kategorii uznawane było za sensację.

 

Biegalski miał zaledwie 22 lata, a jego przygotowaniom do mistrzostw towarzyszyły poważne turbulencje. Naprawdę niewiele brakowało, by w nich nie wystartował, gdyż nie brakowało osób, które uważały, że na udział w tym turnieju zwyczajnie nie zasługuje.

 

Ten jednak w katowickim Spodku szedł od zwycięstwa do zwycięstwa. Najpierw pokonał Czechosłowaka Petera Sommera mając go trzykrotnie na deskach (sam też leżał), następnie znokautował  wielkiego rywala polskich „ciężkich” Niemca z RFN, Petera Hussinga, a w półfinale pokonał późniejszego srebrnego medalistę olimpijskiego, Rumuna Simona. Wreszcie w walce o złoto zmierzył się z utytułowanym pięściarzem Związku Radzieckiego Wiktorem Uljaniczem, broniącym mistrzowskiego tytułu i wygrał z nim stosunkiem głosów 4:1. Warto przypomnieć, że wtedy drugim językiem tych mistrzostw (oprócz polskiego) był rosyjski.

 

Biegalskiego poznałem rok później, przed meczem Polska – USA w Warszawie. Powiedział kilka słów dla radia studenckiego, dla którego przygotowywałem reportaż z tego spotkania. Zapowiadał skuteczny rewanż i wygraną z Johnem Tate’em, brązowym medalista igrzysk w Montrealu, z którym przegrał tam 0:5 pierwszy pojedynek w olimpijskim turnieju. Pamiętam, że miał bardzo mocny uścisk dłoni i niespokojne oczy. Rywal był naprawdę groźny, po latach został zawodowym mistrzem świata, ale już w pierwszej obronie stracił tytuł.

 

20 października 1996 roku. Stołeczny Torwar wypełniony po brzegi. Nic dziwnego, mecze międzypaństwowe cieszyły się wtedy ogromnym zainteresowaniem. Biegalski, wówczas zawodnik warszawskiej Legii ,wchodził do ringu ze świadomością, że od jego postawy zależy wynik tego spotkania, był bowiem remis 10:10.

 

Tumult był niesamowity, wszyscy dopingowali Biegalskiego, w jednym z pierwszych rzędów siedziała mocno zdenerwowana jego późniejsza żona, Blandyna.

 

Johnny Tate, w charakterystycznych, sięgających kolan, luźnych spodenkach, nic sobie nie robił z żywiołowo wspomagającej Polaka publiczności.  W drugim starciu walka została przerwana. Tate wygrał przez RSC, a USA cały mecz 12:10.

 

Dwanaście lat później, podczas Turnieju Armii Zaprzyjaźnionych na Węgrzech spotkałem Wiktora Uljanicza. Był trenerem radzieckiej, wojskowej reprezentacji, ważył chyba ze 150 kg i wyraźnie kulał po przebytej poł roku wcześniej operacji ścięgna Achillesa. Mieszkaliśmy w tym samym hotelu, uznał więc pewnego dnia, jak to ładnie określił: że na dolegliwości najlepsze jest znieczulenie, i zaprosił na szklaneczkę czegoś mocniejszego.

 

Była wtedy okazja pogadać o Biegalskim i ich walce w Katowicach, i o zmarłym kilka lat wcześniej Władymirze Wysockim, słynnym rosyjskim bardzie, który był jego dobrym kumplem.

 

Andrzeja Biegalskiego bardzo chwalił za finałowy pojedynek w Spodku i dziwił się, że to był pierwszy i ostatni medal Polaka na znaczącej imprezie.

 

Naszego jedynego (w boksie olimpijskim) mistrza Europy wagi ciężkiej wielokrotnie spotykałem przy okazji krajowych imprez. Był jeszcze potężniejszy, niż wtedy gdy nokautował Hussinga, ściskał dłoń jeszcze mocniej niż wtedy, gdy się pierwszy raz z nim zetknąłem. Robił duże wrażenie swoją sylwetką i przywoływał miłe wspomnienia. Smutne, że już go z nami nie ma.