Organizacyjnie dajemy radę, w Człopie atmosfera w trakcie finałowych walk była gorąca, podobnie jak kilka miesięcy temu w Sokółce, z tą tylko różnicą, że tu wokół ringu rozstawiono suto zastawione stoły. A przy nich marszałkowie sejmików, wójtowie, starosta, niektórzy z żonami, ponadto oficjele z Polskiego Związku Bokserskiego, sponsorzy i oczywiście, ci którzy za taką przyjemność zapłacili.

Zrozumiałe, że w tej sytuacji tematy przy stołach były nie tylko bokserskie, choć zainteresowanie walkami, proszę mi wierzyć, było naprawdę duże. A spektakl był długi, rozpoczął się o godzinie 18, a skończył dopiero przed północą.

Wielkich sensacji nie było, faworyci na ogół wygrywali, choć nie był im łatwo. W wadze półciężkiej (81 kg) broniący mistrzowskiego pasa Aleksander Szwedowicz (BKS Skorpion Szczecin) pokonał wprawdzie Mateusza Goińskiego (KB Zagłębie Konin) prezentując dobrą formę, ale za rok może być odwrotnie. Goiński to chłopak z bokserskiej rodziny, ma talent i spory potencjał, zobaczymy tylko, czy go odpowiednio wykorzysta. Jeszcze nie tak dawno grał w piłkę nożną, ale teraz stawia na boks.

Szkoda, że z przyczyn regulaminowych nie dopuszczono Mateusza Tryca, bo rywalizacja w tej kategorii mogła być jeszcze ciekawsza.

Baczną uwagę warto też zwrócić na 19 letniego Patryka Cichego  z Boks Poznań Team. Przegrał wprawdzie nieznacznie finałowy pojedynek z Damianem Kiwiorem, ale ma to coś, co daje nadzieję na przyszłość. Inna sprawa, że Kiwior też mógł się podobać. Powiem więcej, zaskoczył mnie mile tempem walki, energią i znacznie szczelniejszą niż do tej pory obroną. Finał kategorii półśredniej (69 kg) bez wątpienia był jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą walką długiego wieczoru z olimpijskim boksem w Człopie. Mieście liczącym około 5 tysięcy mieszkańców, w którym nie ma sekcji bokserskiej. Ale jest Marek Matela, który to wszystko zorganizował, a później poprowadził.

Nieco więcej oczekiwałem po finałowym pojedynku z wadze lekkopółśredniej (64 kg) pomiędzy sześciokrotnym mistrzem Polski, Dawidem Michelusem (UKS Kontra Elbląg) i jego odwiecznym rywalem, Mateuszem Polskim (KSW Róża Karlino). Niespełna 24 letni Michelus bił się o siódmy tytuł, ale tym razem kilka miesięcy starszy Polski był lepszy i wygrał zasłużenie. W tej wadze jest jeszcze Łukasz Niemczyk, który powinien się włączyć do rywalizacji. Zobaczymy co z niej wyniknie.

Na zakończenie obejrzeliśmy walkę w kategorii superciężkiej (plus 91 kg). Paweł Wierzbicki (UKS Boxing Sokółka) bronił w starciu z Aleksandrem Stawirejem (Ziętek Team Kalisz) tytułu zdobytego kilka miesięcy temu w swoim mieście. Kiedy w pierwszym starciu padł na deski po długim prawym mierzącego 198 cm mistrza świata w kickboxingu, w Człopie zapachniało sensacją. Później na deskach leżał Stawirej i wojna trwała do końca. Myślę, że warto temu chłopakowi przyjrzeć się bliżej, tym bardziej, że na Wierzbickiego zarzucono już sieci i wszystko wskazuje na to, że wkrótce podpisze zawodowy kontrakt. Ale nie wróżę mu usianej sukcesami przyszłości, po prostu nie ma mistrzowskich papierów.

Kiedy nocą wracałem z Człopy do Warszawy zastanawiałem się, co wynika z tego co widziałem, jaki będzie los finalistów. Chciałbym być optymistą, ale zbyt dobrze znam ten szary obraz, który towarzyszy polskiemu pięściarstwu w wydaniu olimpijskim, by się łudzić, co do przyszłości. Medalisty igrzysk w Tokio (2020), na ringu w Człopie nie dostrzegłem.