Zacząć wypada od tego, który kończył, bo dziś jego akcje stoją najwyżej w tej branży. 29-letni Wasyl Łomaczenko (8-1, 6 KO), mistrz świata dwóch kategorii wagowych, zdeklasował w MGM Habor Jasona Sosę (20-2-4, 15 KO), do niedawna posiadacza pasa WBA w kategorii superpiórkowej. Sosa został tego tytułu pozbawiony w lutym, gdy okazało się, że bez podpisał kontrakt na walkę z Łomaczenką.

Bukmacherzy nie mieli wątpliwości, kto wygra ten pojedynek. 33:1 tak wyglądały notowania na korzyść Ukraińca. Tak też się stało. Sosa nie miał nic do powiedzenia, były mistrz świata wyglądał przy Ukraińcu jak uczeń. Tak jak ostatnio inni czempioni, Nicholas Walters czy Roman Martinez.

Łomaczenko bawił się z Sosą jak kot z myszą, albo jak kto woli: torreador z małym, nieustępliwym byczkiem. W drugiej fazie tego pojedynku Sosa usłyszał w swoim narożniku, że dostaje jeszcze jedną rundę, ponieważ dalsza walka nie ma sensu. Amerykanin meksykańskiego pochodzenia odpowiedział, że w takim razie on znokautuje Łomaczenkę, ale chyba sam nie wierzył w to co mówi. Był bezradny, absolutnie bezsilny, zdany na łaskę dwukrotnego złotego medalisty olimpijskiego, fenomenalnego pięściarza, który w czasach amatorskich wygrał 396 walk, a przegrał tylko jedną, w finale MŚ 2007.

Trenowany przez ojca, Anatolija Łomaczenkę, uważany dziś za jednego z najlepszych bez podziału na kategorie Wasyl Łomaczenko, powiedział po tej walce: Myślę, że wykonałem swoją pracę całkiem dobrze.

I trudno nie przyznać mu racji. Zrobił to, czego od niego oczekiwano, zdeklasowal rywala. Wydaje się, że na takiego Łomaczenkę w wadze superpiórkowej nie ma mocnych. Czas przejść do kategorii lekkiej. Tam są Jorge Linares i Mikey Garcia, godni przeciwnicy. Jeśli udałoby się do takich walk doprowadzić, wszyscy byliby szczęśliwi.

Z bardzo dobrej strony, przed w dużej mierze ukraińską publicznością w Oxon Hill pokazał się też Ołeksandr Gwozdyk, brązowy medalista olimpijski z Londynu w wadze półciężkiej. Gwozdyk jest niepokonany (13-0, 11 KO), nokautuje jednego rywala za drugim i jest już coraz bliżej walki o mistrzowski tytuł w jednej z najsilniej obsadzonych kategorii. Z  Kubańczykiem Yunieski Gonzalezem (18-3, 14 KO) rozprawił się szybko, nokautując go pod koniec trzeciej rundy.

Z trójki Ukraińców tylko Usyk (12-0, 10 KO) nie skończył walki przed czasem, ale pewnie obronił pas WBO w wadze junior ciężkiej wygrywając z niepokonanym do tej pory Amerykaninem Michaelem Hunterem (12-1, 8 KO) na punkty (3 x 117:110).

Tempo tego pojedynku, narzucone przez Usyka było niesamowite. Hunter, uczestnik igrzysk w Londynie, gdzie wyeliminował go przy remisie 10:10 małymi punktami Rosjanin Artur Bietierbijew, toczył początkowo z Ukraińcem wyrównaną walkę, ale pressing Usyka zrobił swoje w jej drugiej fazie. W ostatniej rundzie Hunter był liczony i naprawdę niewiele brakowało, by został znokautowany. Pokazał jednak charakter i chłodną głowę. Nie spanikował i dotrwał do końca. Myślę, że stać go jeszcze na bardzo dobre walki ze ścisłą czołówką tej kategorii.

A co czeka Usyka? Jeśli będzie chciał unifikować mistrzowskie pasy i dostanie takie szanse, to z pewnością z nich skorzysta. Może w tej wadze wygrać z każdym, ale żaden z mistrzów łatwo nie odda tytułu. Ukrainiec postanowił  za wszelką cenę Huntera znokautować, dlatego narzucił tak szalone tempo i tak konsekwentnie wywierał na nim presję. A taka taktyka niesie za sobą określone zagrożenia. Gdyby Usyk walczył z Amerykaninem tak, jak z Krzysztofem Głowackim, być może wygrałby wyraźniej, ale on ryzykował, gdyż chciał pokazać się w amerykańskiej telewizji z jak najlepszej strony.

I co najważniejsze, wytrzymał to szalone tempo. Trochę zabrakło mu chłodnej głowy, ale emocji dostarczył wystarczająco dużo. A to, że nie wygrał przez nokaut, to zasługa twardego, z determinacją  broniącego się Huntera, oraz sędziego ringowego, który zachował zimną krew do końca i nie przerwał walki, choć mógł to zrobić.