Hejt, kpina, mądrzenie się za wszelką cenę, a także zwyczajne chamstwo - to częsta postawa w polskim życiu politycznym, społecznym, ale także sportowym. Doskonałym przykładem futbol, a w futbolu już szczególne miejsce zajmuje kwestia oceny sędziowania - rozdmuchana do granic absurdu, wybujałym ego krytyków. Krytyków, którzy grają na najniższych instynktach. Przekonał się o tym sędzia Szymon Marciniak, który w poprzednim tygodniu prowadził spotkanie Juventus – Barcelona i znalazł się pod ostrzałem, ale nie w Katalonii, a właśnie w Polsce.

 

„Ukrzyżowany”. Marciniak? A skąd - Luis Enrique!

 

Dzień po meczu Juve – Barca specjalnie nabyłem oba katalońskie dzienniki sportowe. Barca poległa 0:3, a śledząc Twitter w Polsce można by dojść do wniosku, że Marciniak  to antybohater tego spotkania. Ktoś, kto się po prostu skompromitował – szczególnie w drugiej połowie. Tytuł na pierwszej stronie katalońskiego „Sportu” - „Ukrzyżowany”. Marciniak? A skąd! Luis Enrique. Nota bene szkoleniowiec „blaugrany” nie krył, jak jego drużyna wypadła na Juventus Stadium. Powiedział bez ogródek: „Intensywność gry z naszej strony musi być zdecydowanie inna”. I dodał: „Dla mnie to było niczym trzecia część starcia Barca-PSG. Mówię to zupełnie poważnie i napawa mnie to smutkiem”.

Mecz w katalońskim „Sporcie” zajmuje 23 kolumny. Nie jest łatwo znaleźć jakieś zdanie pod adresem Marciniaka. W końcu w minutówce można się doszukać kilku odnośników do jego pracy. Co ciekawe w tym zestawieniu brakuje zdarzenia z 72 minuty - jedynego ewidentnego błędu polskiego zespołu sędziowskiego w Turynie. Miralem Pjanić zagrał do Samiego Khediry w pole karne. Tomasz Listkiewicz uniósł chorągiewkę, a Marciniak błyskawicznie gwizdnął, gdy Khedira zagrywał piłkę wzdłuż linii pola bramkowego. Już po gwizdku Juan Cuadrado wpakował ją do siatki (byłaby bramka na 4:0). Khedira w momencie podania od Pjanica nie był na spalonym. Michał Listkiewicz – ojciec Tomasza – przyznaje: „Ewidentny błąd, nawet trochę zaskakujący, biorąc pod uwagę, ile Tomek wychwycił trudnych sytuacji w tym spotkaniu”.

 

Karny dla Barcelony? Jednoznaczna narracja w Polsce...

 

Biorę do ręki drugi sportowy dziennik kataloński, „Mundo Deportivo”. Spotkanie Juve – Barca zajmuje 16 kolumn. Ani jednego osobnego tekstu na temat Marciniaka. Nota dla Polaka? Dwie gwiazdki. Może nie za wysoka, ale Luis Enrique dostał jedną gwiazdkę, kilku piłkarzy Barcelony również dostało jedną gwiazdkę. Postawa polskiego sędziego nie jest żadnym tematem w Katalonii!

We Włoszech również. Co najwyżej jest normalnie oceniony. „La Gazzetta dello Sport” pisze: „Marciniak potrafił utrzymać mecz pod kontrolą dzięki doskonałej kondycji fizycznej”.  Polak dostaje notę 6,5, naprawdę przyzwoitą. Mediolański dziennik przywołuje rękę Giorgio Chielliniego i stwierdza jednoznacznie, że „nie ma mowy o podyktowaniu karnego”. Neymar uderzał piłkę z bardzo bliska, a ta najpierw odbiła się od uda, później od klatki piersiowej i dopiero na koniec od ręki Włocha. W Polsce narracja jest jednoznaczna - karny dla Barcelony! 

 

Fair play w Lidze Mistrzów? Zapomnij...

 

U nas wręcz panuje fobia, jeśli chodzi o ocenę sędziowania. Ileż razy można usłyszeć w telewizyjnym komentarzu słowo „kontrowersja”. Często pada również: „Huston to wyjaśni!”. Tyle tylko, że sędziowie nie mają do dyspozycji umownego „Huston”. Nie mają drugiej, trzeciej, a często i piątej albo i dziesiątej powtórki. Zdecydowanie wolę, gdy komentator w czasie rzeczywistym – bez powtórki – powie: był faul, albo nie było faulu, był spalony albo nie... Gdy posiłkuje się choćby jedną powtórką telewizyjną, już jest bogatszy o coś, czym na razie nie dysponuje arbiter.

A dzisiejszy futbol jest szybki, dynamiczny, a jeśli chodzi o zachowanie piłkarzy wręcz bezwzględny. Cynizm ponad wszystko! Manuel Neuer – po strzale Daniego Carvajala – odbija piłkę na róg. To była kapitalna parada, ale sędzia Viktor Kassai nie dostrzegł, że Niemiec dotknął piłkę ręką i nakazuje wznowienie od bramki. Neuer ani myśli się przyznać. Fair play? W Lidze Mistrzów? Zapomnij... Marciniak, ale też Nicola Rizzoli, Deniz Aytekin, Daniele Orsato, czy Kassai to świetni arbitrzy. Niezwłocznie potrzebują tyleż sympatii i zrozumienia, co pomocy VAR, czyli Videao Assistant Referee. System powtórek telewizyjnych pozwoli wychwycić najważniejsze sytuacje – związane z decyzją o golu, czy czerwonej kartce.

 

Z „Fryzjerem” na manowce normalnej rywalizacji

 

Wróćmy jednak na polskie podwórko - pamiętny Wit Żelazko to kult celebracji „kontrowersji”. Tyle, że wcześniej „kontrowersja” miała przykryć zwyczajne oszustwo. Ordynarne złodziejstwo! O korupcji jednak wielu nie chciało mówić. Wręcz bało się tego tematu jak ognia. „Lista Fryzjera? Jak mogliście coś takiego opublikować?!?” - usłyszałem od jednego z dziennikarzy, specjalizującego się w centymetrowych spalonych. Jednak świetni reporterzy Antoni Bugajski i Paweł Rusiecki nie zamierzali czarować rzeczywistości, gdy według „Listy Fryzjera” w Ekstraklasie dwunastu sędziów – dokładnie połowa – znajdowała się pod wpływem Ryszarda F. z Wronek. Jeden z tych dwunastu później skutecznie obronił się przed sądem. Jedenastu utrzymywało kontakty z „Fryzjerem”, prowadząc polską piłkę na manowce normalnej rywalizacji. Korupcja – dzięki odważnym dziennikarzom, a przede wszystkim prokuratorom Sylwestrowi Grzeszczakowi i Robertowi Tomankiewiczowi – została wypleniona. Jednak sędziów dalej stawia się pod pręgierzem w imię celebracji kolejnej powtórki i chęci zdyskredytowania.

 

„Po Legia - Lech jestem przekonany, że VAR może pomóc”

 

Wracam do tytułowego pytania – czyim sędzią jest Marciniak? Legii? Cała „Żyleta” lży Marciniaka, gdy w 89 minucie meczu Legia – Lech dyktuje karnego dla gości. Marcin Robak wyrówanuje na 1:1. Po kilkudziesięciu sekundach pada zwycięski gol dla Legii. Łukasz Broź strzela zza pola karnego, Matus Putnocky odbija piłkę, a ta ląduje pod nogami Kaspera Hamalainena. Fin trafia do siatki, ale jest jeden problem – pomocnik Legii w momencie strzału Brozia, był na spalonym. Ewidentnym spalonym. Asystent Marciniaka, Paweł Sokolnicki nie uniósł chorągiewki. „W czasie finałów EURO 2016 łapał sytuacje – jak my to mówimy – na żyletki” - wspominał Marciniak w „Cafe Futbol” - „W spotkaniu Hiszpania – Czechy wychwycił mnóstwo spalonych i nie pomylił się ani razu”. Teraz pomylił się w hicie Ekstraklasy i zaczyna się publiczna „jatka”. Dla kibiców Lecha Marciniak staje się sędzią Legii... Nota bene Marciniak przyznaje: „Do tego meczu byłem sceptyczny, co do VAR. Po golu Hamalainena jestem przekonany, że VAR może nam pomóc”.

 

„Nawet koledzy sędziowie mówią, że jestem synkiem Colliny”

 

Mija kilka miesięcy i Marciniak otrzymuje miano „sędziego Lecha” – od fanów Lechii. W mediach celebruje się decyzje Marciniaka w spotkaniu Lech – Lechia. Owszem – pokazał trzy czerwone kartki (w tym dwie w wyniku dwóch żółtych) piłkarzom Lechii. Jednak wyrzucił na trybuny również szkoleniowca Lecha. Żadna z tych decyzji nie była błędna. Ba, którąkolwiek trudno nawet określić mianem „kontrowersyjnej”. Jednak w Polsce narzucono przekaz, że sędzia to „wujek samo zło”. Trener wybierze złą jedenastkę albo źle przygotuje zespół fizycznie? Piłkarz źle lub po prostu głupio się zachowa? A co tam! Najważniejsze, że najgorszy był arbiter! Tymczasem ostatnie dni – na szczeblu 1/8 i 1/4 finału Ligi Mistrzów – unaoczniły nam, że z polskimi sędziami nie jest źle. Ba, sam Marciniak nie tylko śmiało wdarł się do elity, ale ma szansę prowadzić najważniejsze mecze w skali Europy, a z czasem i świata. Pytanie – czyim jest sędzią? „Nawet koledzy sędziowie śmieją się, że jestem synkiem Colliny” - żartował Marciniak po wizycie w „Cafe Futbol”. Collina to szef sędziów UEFA...