W rewanżach faz finałowych obu lig nie było meczu, który nie zakończyłby się setem lub setami bez znaczenia. Wygrany w pierwszym spotkaniu za trzy punkty, potrzebował dwóch zwycięskich setów w kolejnym starciu, cel osiągał, cieszył się z osiągniętego celu i przystępował wraz z pobitym rywalem do dożynek, które nie były w smak ani kibicom, ani samym zawodnikom, bo ci woleliby się radować z medalu zamiast wykonywać ostatnie w sezonie skoki nad siatką.

Rozumiem, że rozgrywki ligowe powinny współgrać z interesem reprezentacji kraju, że kalendarzem należy manewrować dogodnie dla najwyższego dobra, ale zmieniające się praktycznie rok w rok ligowe zasady nie przystają żadnym poważnym zmaganiom. A to zamknięcie, bądź jak kto woli otwarcie ligi, a to wzięte z Księżyca sposoby rozgrywania fazy play off, które z play off mają niewiele wspólnego, a to „dokładanie” do najwyższej klasy kolejnych drużyn według tak nieprecyzyjnych reguł, że każdy z tych „awansów” można bez kłopotu podważyć. Itp., itd.

Poważne ligi w poważnym sporcie mają niezmieniające się zasady od lat. To stanowi wartość, dziedzictwo, wreszcie punkt odniesienia, na podstawie czego można budować historię, czy nawet tak prozaiczny element jak tabele wszech czasów. Co mamy w Polsce? Hulaj dusza piekła nie ma.


W kraju mistrzów świata na kilka tygodni przed rozgrywkami nikt nie wie, jak będą one wyglądały, kiedy się zakończą i czy aby selekcjoner nie wymusi na działaczach ligowych skrócenia terminarza. Jak w tej sytuacji budować budżety oparte w jakiejś części na tzw. dniu meczowym. Jak przekonać wiarygodnie sponsorów, że to nie licealiada, tylko jedne z flagowych rozgrywek w kraju, a przenosiny licencji z miasta do miasta (to akurat casus kobiecej ligi) to troska o poziom rozgrywek, a nie zwyczajny handel.

Skoro już o kobiecej lidze mowa, należałoby poważnie przedyskutować, czy tak ma wyglądać sportowo-marketingowy produkt, jeśli na decydujących o medalach meczach, o fazie zasadniczej nie wspominam, nie udaje się zebrać kompletu publiczności. I jeszcze jedno, pamiętam jak dziś oburzenie zarządców nowo powstającego w 2010 r. klubu z Sopotu. Kiedy Atom Trefl przejmował licencję klubu z Piły padały piękne słowa o potrzebie finansowanej publicznymi pieniędzmi kolejnej rozrywki sportowej dla mieszkańców Trójmiasta. Kiedy dziennikarze mieli wątpliwości, czy taki zakupiony twór ma sens i nie jest zwyczajną efemerydą, padały złowrogie riposty, groźby i buńczuczne przekonywania, że to projekt służący ogólnemu dobru przez dziesięciolecia i nikomu nic do tego. Dziś nie ma po tym ani śladu, podobnie jak po kasie, która się przez ten klub bezpowrotnie przelała...