Tak można uznać, patrząc kto zajmuje kluczowe miejsca w klubach PlusLigi. Przybysze z Kosmosu mogliby stwierdzić, że na naszej planecie gatunek zwany „polskim trenerem” po prostu nie istnieje, a nawet jeśli, to tylko z braku laku. Czytaj braku kolejnych szkoleniowców obcokrajowców, którzy nad Wisłą są wprost wielbieni. Nie zakładam związku zawodowego polskiej myśli szkoleniowej, nie będę rzecznikiem interesów tej grupy, przerysowuję nieco sytuację, bo zjawisko wykluczenia rodzimego środowiska jest zupełnie niezrozumiałe i dość zastanawiające. Jestem za otwartym rynkiem we wszystkich zawodach, idea globalizacji jest mi bliższa od powszechnie znanej ostatnio nacjonalizacji, ale sytuacja jest więcej niż niepokojąca. Bo albo rzeczywiście nasi fachowcy od trenowania pod względem merytorycznym pukają w dno od spodu, albo u szefów naszych klubów wciąż zwycięża przekonanie, że zagraniczne znaczy lepsze.

Weźmy cztery czołowe drużyny zakończonego w niedzielę sezonu. Poza Andrzejem Kowalem z Asseco Resovii funkcję trenerów sprawowali weń obcokrajowcy, a i tego nie będzie, bo po latach rozstał się z klubem z Podkarpacia, na jego następcę awizuje się szkoleniowca z Włoch. Z PGE Skry Bełchatów odchodzi Philippe Blain, ale w kuluarach, co dziś potwierdził „Przegląd Sportowy”, wymienia się jako następcę byłego selekcjonera reprezentacji, Argentyńczyka Daniela Castellaniego. Do reprezentacji od ponad dekady importujemy wyłącznie obcokrajowców, co akurat nie powinno stanowić zarzutu, bo sukcesy osiągamy. Idąc tym właśnie tropem kolejnym selekcjonerem został wyjęty z ZAKSY Kędzierzyn-Koźle Włoch Ferdinando de Giorgi, a zastąpi go jego rodak z Olsztyna Andrea Gardini. Na jego miejsce z kolei wróci inny Włoch Roberto Santilli. Ponieważ nieznane są wszystkie decyzje szefów klubów PlusLigi, trudno o dokładne wyliczenia, ale niewiele wskazuje na to, by tendencja miała się zmienić. W sezonie 2016/2017 mieliśmy grubo ponad połowę obcokrajowców na stanowiskach, niewykluczone, że na 16 miejsc w kolejnych rozgrywkach Polakom zostanie może sześć.

W polskiej siatkówce mężczyzn jako cezurę należy traktować rok 2006, kiedy pod wodzą Argentyńczyka Raula Lozano reprezentacja sięgnęła po wicemistrzostwo świata. Był to sukces przełomowy, następujący po dekadach posuchy, wyczekiwania na coś więcej niż incydentalny awans na igrzyska olimpijskie. Trzeba przypomnieć, że już wtedy padały słowa o początku siatkarskiego raju na Ziemi, polskiej szkole siatkarskiej, cacuszku, które zadziwi cały świat. A później przyszły kolejne trofea, jak mistrzostwo Europy w 2009 r., czy złoto na ostatnim mundialu. Do tego względne sukcesy w pucharach, coraz więcej pieniędzy, nowych technologii, szkoleń, zjazdów, wymiany myśli środowiska itd. Przez wszystkie te lata pielęgnowano w środowisku ideę wychowania polskich trenerów, którzy mieli przyjąć od zagranicznych wystarczająco wiele korepetycji, by samemu brać sprawy w swoje ręce. Odwoływano się przy tym do włoskiego przykładu, gdzie podwaliny pod tamtejszą szkołę stworzyli Polacy z Aleksandrem Skibą na czele, aż wreszcie przekazano stanowiska wyedukowanym rodakom.

U nas mijają lata i nic. Zamiast spodziewanych awansów i spektakularnych sukcesów, kluby od Polaków coraz bardziej stronią. Na pewno w czołowych klubach, gdzie nie chcą pozwalać sobie na eksperymenty, sukcesów wyczekuje się tu i teraz bez specjalnej wizji na lata.

Nie chcę być populistą, odnosić się do wydawanych na siatkówkę pieniędzy, ale jeśli te w jakiejś części idą na szkolenie polskich trenerów, to albo ci mają kiepskich edukatorów, albo sami kandydaci na przyszłe gwiazdy trenerki są mało pojętnymi uczniami i do większych wyzwań po prostu się nie nadają. Jest jeszcze trzecie rozwiązanie; nie znalazł się jeszcze nikt, kto by Polakom długofalowo zaufał.

A Wy, Drodzy Kibice, jak myślicie, która z tych tez jest najbliższa prawdy?