Rzecz w tym, że w tenisie, białym sporcie wciąż uchodzącym z wielu powodów za awangardę, nie wiadomo, jak postępować z wracającymi po dopingu zawodnikami. Oczywiście dyscyplina ta nie jest pozbawiona czarnych owiec, jak każdy inny sport, ale jeśli już tenisiści wpadali za doping, były to z reguły narkotyki poprawiające nastrój, suplementy zawierające śladowe ilości niedozwolonych środków, a nie twardy koks.

Szarapowa również nie wpadła na mocnych środkach, niemniej zakazane od 1 stycznia 2015 r. meldonium traktowane jest jako stymulant do jeszcze lepszych osiągnięć fizycznych poprzez wspomaganie pracy serca. Rosjanka próbowała bronić się na wszystkie sposoby, nie kryła, że meldonium zażywa od lat. Pewnie także dlatego Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie (CAS) skrócił jej dyskwalifikację o dziewięć miesięcy.

Szarapowa, która od organizatorów turnieju WTA w Stuttgarcie dostała dziką kartę, zaszyła się w piątek w położonym na południe od miasta niewielkim klubie SV Sillenbuch. Pilnuje jej kilkunastu ochroniarzy, o tym, że Rosjanka trenuje na tamtejszych obiektach, można przekonać się jedynie z dochodzących stamtąd odgłosów. Jej pobyt miał być owiany tajemnicą, ale sprawa się rypła, więc pod adresem Spitalwald 1 zaparkowały liczne wozy transmisyjne telewizji z całego świata.

Szarapowej jeszcze nie zadano pytań, według zasad dyskwalifikacji, nie mogła ona pojawić się na terenie rozgrywania turnieju, m.in. na oficjalnym party, do momentu upływu dyskwalifikacji. Do tłumaczenia się, dlaczego Szarapowa, pięciokrotna zwyciężczyni Wielkiego Szlema, została zaproszona na turniej, zaciągnięto więc organizatora. Markus Günthardt wyjaśnia jedynie, że Maria zasługuje na takie zaproszenie i była to właściwa decyzja.

Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze i efekt marketingowy. Na zawody akredytowało się 250 dziennikarzy, sporą część tych aplikacji odrzucono. Poza tym Szarapowa jest ambasadorką marki samochodowej, która sponsoruje turniej, a w Stuttgarcie zwyciężała trzy razy. Jest też inny powód kontrowersji; sprawa ma wymiar symboliczny, bo według wyliczeń 15-miesięczna dyskwalifikacja Szarapowej upłynęła dopiero 24 godziny po oficjalnym rozpoczęciu turnieju.

Zupełnie inne zdanie niż Günthardt na temat zaproszenia Szarapowej do Stuttgartu, ma Barbara Rittner, kapitan reprezentacji Niemiec w Pucharze Federacji. Jej zdaniem, choć Rosjanka jest magnesem dla mediów i kibiców, choćby przez kontrowersje, jakie wywołuje, nie powinno przyznawać się jej dzikich kart, tylko powinna budować swój ranking, jak inne zawodniczki, które są poza światową czołówką. Przypomnijmy, że do rankingu WTA wlicza się wyniki turniejowe z ostatnich 12 miesięcy. Zdaniem Rittner, Rosjanki nie powinno się zapraszać ani do Stuttgartu, ani do Madrytu i Rzymu, gdzie również przyznano jej dzikie karty.

W tym samym tonie wypowiadały się konkurentki Szarapowej, m.in. Agnieszka Radwańska, Dominika Cibulkova, a nawet Andy Murray. Laura Siegemund, która również dostała w Stuttgarcie dziką kartę, stwierdziła z kolei, że niemieccy organizatorzy turniejów powinni pomagać zwłaszcza rodaczkom, a nie gwiazdom wracającym po zawieszeniu za doping.

W środę Szarapowa rozpocznie udział w turnieju od meczu z byłą finalistką US Open Robertą Vinci. – Nawet jeśli wyjdzie jej pierwszy mecz, choć po takiej przerwie sprawa jest wątpliwa, nie będzie miała wcale łatwiej w kolejnej konfrontacji – uważa finalistka Australian Open z 1996 r. Anke Huber. Nie wiadomo też, jak zachowają się kibice. Choć w tenisie porywczych fanów jest znikoma liczba, emocje mogą wziąć górę.

Przypadek Szarapowej to dobry przyczynek do szerszej dyskusji, jak postępować ze sportowcami, którzy pokalali się dopingiem lub korupcją, ale odbyli karę. Oczywiście kluczową kwestią jest, czy przyznali się do winy i swoich czynów, wprowadzających nieuczciwą konkurencję, szczerze żałują. Los koksiarzy, którzy z premedytacją oszukiwali jest jednak okrutny, bo środowisko ma doskonałe wyczucie, a niektórych win (straconych przez uczciwych medali i splendorów) nie da się odkupić.

Tak jest choćby w lekkoatletyce, gdzie zwłaszcza w konkurencjach technicznych, dopingowicze obłożeni są środowiskową infamią. Dość ochoczo opowiadali o tym nasi złoci medaliści igrzysk olimpijskich - Szymon Ziółkowski (rzut młotem) i Tomasz Majewski (pchnięcie kulą). Obaj jawnie demonstrowali niechęć do oszustów, nie podawali im ręki na zawodach i postponowali ich osiągnięcia. Ziółkowski o dopingu w Rosji mówił wprost, że dla tamtejszych sportowców jest on jak kaszka z mlekiem, a po wybuchu afery z Szarapową nie dał wiary w naiwne tłumaczenia, że nie przeczytała maila z tenisowej federacji o wpisaniu meldonium na listę zakazanych środków.


Majewski w swoim podejściu do dopingowiczów idzie jeszcze dalej, bo przecież pamiętamy, jak wypowiadał się w sprawie przyłapanego polskiego ciężarowca Adriana Zielińskiego. „Błyskawiczny wynik i błyskawiczna eksmisja z wioski olimpijskiej” – mówił jeszcze na igrzyskach w Rio de Janeiro polski mistrz.

W Polsce przeszliśmy również egzamin powrotów sportowców i trenerów po aferach korupcyjnych. Dla niektórych, bardziej radykalnych w ocenach kibiców, to niewybaczalna sprawa. Po skandalu, jaki wybuchł w piłkarskiej ekstraklasie w 2005 r., zatrzymanych, dobrowolnie poddających się karze i rezultacie skazanych były setki. W stan oskarżenia postawiono ponad pół tysiąca osób. Ale nawet ci, którzy do winy się przyznali i karę odcierpieli, nie mieli łatwego życia. Najlepszym przykładem jest trener Dariusz Wdowczyk, którego skazano wyrokiem w zawieszeniu oraz zakazano mu pracy w zawodzie przez cztery lata. Pomimo upływu czasu, Wdowczykowi przypomina się występki sprzed lat, miało to być również powodem, dla którego nie dostał posady selekcjonera, kiedy był jednym z kandydatów na to stanowisko przed kilkoma laty.

Czy Szarapowa będzie miała pod tym względem łatwiej?