Przed Polakami dni sądu, długi weekend, w trakcie którego rozegrają dwa mecze eliminacji mistrzostw Europy. Oba z Białorusią. Jesienią zeszłego roku - po tym, jak polska reprezentacja otarła się o strefę medalową na turnieju olimpijskim - ta sama drużyna, prowadzona przez tego samego trenera, przegrała dwa eliminacyjne mecze, z Serbią i Rumunią. Tylko nieświadomy trudnej sytuacji kibic uzna tamte dwie porażki za sensację.

Przez niemal dekadę Polacy raz do roku potwierdzali, że nasza piłka ręczna w wydaniu męskim i narodowym należy do ścisłej światowej czołówki. W 2007 roku po serii sensacyjnych rozstrzygnięć, Polacy zaczynali grę w finale mistrzostw świata. I wprawdzie przegrali tamten mecz, ale sam finał był zwiastunem; ba, był rzeczywistym początkiem pasma sukcesów polskiej reprezentacji. Sukcesów przeplatanych, co zrozumiałe, chwilowymi rozczarowaniami, ale jeśli już się one zdarzały, to scenariusze tych niepowodzeń nasycone były dramatem do tego stopnia, że i porażki robiły na kibicu wrażenie. Niewiele niestety pozostało z tamtych dni pięknych i słonecznych. Najwyżej parę nazwisk. Jednak tamci mężczyźni, wówczas w kwiecie wieku, u progu swoich sportowych możliwości, teraz, z roku na rok, mogą coraz mniej. Chcąc nie chcąc, to na ich wiotczejących z wolna bicepsach ciągle opiera się siła tej dyscypliny w Polsce. Siła, jeśli ktoś przygląda się z uwagą, coraz bardziej pozorna.

Paradoks całej tej pełnej przygód historii ostatniego dziesięciolecia polega na tym, że akurat, najdelikatniej rzecz opisując, największe rozczarowanie, a dosadniej – katastrofa, przyszła w momencie najmniej odpowiednim – w trakcie mistrzostw Europy organizowanych ubiegłej zimy w Polsce. Wstydliwa porażka z Chorwacją była kresem możliwości, definitywnym końcem drużyny, która dziewięć zim wcześniej w Niemczech zdobywała wicemistrzostwo świata. Ale korozja zaczęła się znacznie wcześniej.

 

Po raz pierwszy budowla zatrzeszczała w posadach, kiedy z reprezentacją rozstawał się Bogdan Wenta. Po pierwsze – bolesna porażka w olimpijskich kwalifikacjach, po drugie pożegnanie z postacią symbolem, po trzecie, co znaczące - Wenta po rozstaniu z drużyną narodową, a potem z klubem nie podpisał bynajmniej lukratywnego kontraktu ani z francuską federacją, po to by ewentualnie zastąpić Claude’a Onestę, ani z Barceloną. Wenta, dość niespodziewanie, wycofał się z zawodu stawiając na politykę, na europolitykę i ku zdumieniu niektórych został europosłem. Skala wprawdzie inna, ale czy można sobie wyobrazić by, dajmy na to, Jose Mourinho po tym sezonie zrzekł się szefowania w United na rzecz uprawiania posłowania w Brukseli? Odejście Wenty nie tylko z reprezentacji, ale może nawet przede wszystkim z zawodu było zwiastunem gorszych dla tej ambitnej drużyny lat kolejnych.

Przyszedł po Wencie Biegler. Niemiec, człowiek skryty, ale podobno wewnątrz pogodny i życzliwy. Drużyna ta sama, ale nie ta sama. W branży słyszało się głosy i były to głosy dość powszechne, że teraz jest na opak – to zawodnicy realizują własne pomysły na boisku, a trener zwyczajnie ma nie przeszkadzać, szczególnie w grze ofensywnej. Reprezentacja Bieglera miała na pewno jedną wspólną cechę z drużyną Wenty – umiejętność wywoływania emocji  nawet w sytuacjach najbardziej, wydawałoby się, pospolitych. Każdy niemal mecz miał swoją typową dla tej ekipy dramaturgię.

 

Biegler prowadził reprezentację na czterech dużych turniejach. Patrząc na statystyki, czyli suchy wynik, który bezsprzecznie w sporcie jest sprawą najistotniejszą, nie był taki zły – w 2014 roku szóste miejsce w Danii na mistrzostwach Europy, czy rok później brązowy medal mistrzostw świata w Katarze, po charakterystycznym dla Polaków meczu pełnym wrażeń i zwrotów akcji. Wygraliśmy z Hiszpanią, mieliśmy swoich nowych bohaterów – Szybę i Syprzaka. Byliśmy trzecim zespołem świata. Wynik okazały - reszta, jeśli chcieć się wówczas obiektywnie przyjrzeć grze reprezentacji, mniej różowa. W każdym razie, rok później, Polacy należeli do faworytów mistrzostw Europy, organizowanych skądinąd u nas, w Polsce.

O dziwo - da się tamten turniej spuentować jednym słowem - katastrofa. Mimo doskonałego pod każdym względem meczu z Francją, najlepszego w ostatnim dwudziestoleciu występu reprezentacji, turniej zakończył się klęską. O tak drastycznej ocenie zdecydowała upokarzająca porażka z Chorwacją. Odszedł wtedy Michael Biegler. Nastał czas Tałanta Dujszebajewa. Pozornie lepsze czasy, z olimpijskim awansem. Wprawdzie w Rio medal był na wyciągnięcie ręki, ale należy pamiętać, że faktycznie Polacy na tamtym turnieju rozegrali ledwie dwa dobre mecze – wygrany ćwierćfinał z Chorwacją i przegrany mecz półfinałowy z Danią. Bo w grupie zdarzyły się mizerne występy przeciwko Brazylii, Słowenii i Niemcom. Olimpijskie zawody przypominały nieco zmagania Polaków w Katarze – zatrważająco przeciętne mecze w grupie, potem zryw, czyli w obu przypadkach wygrane z Chorwatami, które nieco zamazywały stan faktyczny.

W międzyczasie, należy pamiętać, polska piłka ręczna klubowa, odnosi największy sukces w historii. Klub z Kielc, oparty jeśli nie w całości, to w zdecydowanej większości na talentach urodzonych na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wygrał Ligę Mistrzów. Trzon drużyny stanowili wicemistrzowie świata sprzed dziesięciu lat – Szmal, Bielecki, Tkaczyk, Jurecki, Lijewski, Jachlewski. Ale tu też wdał się nieunikniony kryzys. Ci z mistrzów, którzy kończą swoje reprezentacyjne kariery, chcąc nie chcąc przestają odgrywać kluczowe role także w klubie. Co znamienne, kielczanie, obrońcy tytułu w Europie, nie zagrają w tej edycji Final4. W piłce klubowej istnieje jednak zdecydowanie większa możliwość manewru, czyli seria transferów z zagranicy. Chociaż z drugiej strony trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie drużyny, w której większość stanowią obcokrajowcy, a Polacy, w nikłej liczbie, są ledwie ich tłem.

Tak czy inaczej, ostatniej jesieni i zimy z druzgocącą dosłownością wypełniło się to czego jaskółki mogliśmy obserwować w ostatnich latach. Polska trzecia drużyna mistrzostw świata w nie tak odległym przecież 2015 roku, raptownie spadła w rankingu na siedemnaste miejsce, najgorsze w historii, z wyjątkiem oczywiście lat, kiedy Polaków na mundialu brakowało. A kilka miesięcy wcześniej w eliminacjach mistrzostw Europy Polacy zanotowali dwie dotkliwe porażki, w domu z Serbią i na wyjeździe z Rumunią. Eliminacje nie zostały jeszcze przegrane, bo po pierwsze ich system poniekąd wymusza awans (z czterech drużyn na finały jadą dwie najlepsze), po drugie rywalizujemy z europejską drugą ligą (Serbia, Rumunia, Białoruś), ale po trzecie niestety, my w tej drugiej europejskiej lidze od jakiegoś czasu również tkwimy. Z tej perspektywy, powołania Bieleckiego i Lijewskiego, którzy jesienią zakończyli reprezentacyjne kariery są wartością samą w sobie, ale przy okazji wydają się być jedynie dramatyczną próbą ratowania drużyny, której może niestety nic nie uratować. Nawet wygrane mecze z Białorusią i gra przyszłej zimy w chorwackich finałach. Na dłuższą metę to wszystko może być za mało.


Czy można było wychować następców? - to kluczowe pytanie. Bo może i nie można było. A co, jeśli na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przyszła na świat jedyna taka grupa „cudownych chłopaków”, którzy w wieku dojrzałym dostali się pod opiekę jedynego w swoim rodzaju trenera? Takie sytuacje się zdarzają. Wtedy można byłoby te dziesięć ostatnich lat spuentować machnięciem ręki. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Tamci mieli smykałkę, ci, niestety, dwie lewe ręce. To jednak spore uproszczenie. Bo inna rzecz, że związkowym urzędnikom nigdy nie udało się stworzyć autentycznej koniunktury na ręczną. Pomimo sukcesów ten sport pozostał dyscypliną wprawdzie frapującą, ale aktywną wyłącznie raz do roku.

 

Paradoks polega na tym, że piłka ręczna ciągle w dużej mierze jest sportem niszowym. A przez te dziesięć ostatnich lat powinna była stać się wydarzeniem masowym. Nie stała się. Tymczasem urzędnik dalej mości się za biurkiem. Wielki trener został politykiem. A jego „orły”, niech nikt nie ma o to do nich pretensji, już przecież za wysoko nie polecą.