Oprawa charakterystyczna dla zawodowych widowisk, dużo świateł, zgrabne hostessy, wielkie telebimy. Ludzi przy stołach i na trybunach też sporo, choć jak pamiętam pierwsze turnieje poświęcone pamięci najwybitniejszego polskiego trenera, wtedy nie było na widowni jednego wolnego miejsca.
 
Ale za organizację duże brawa, mimo że finały trwały prawie sześć godzin. Taki maraton dla wytrwałych, to jednak dawka nie dla każdego. Warto o tym pomyśleć na przyszłość.

Na szczęście pojedynki były ciekawe, obsada turnieju dobra (23 kraje), a w niektórych kategoriach bardzo dobra. W rywalizacji pań za najlepszą zawodniczkę uznano 37 letnią Mirę Potkonen (kat. lekka), brązową medalistkę igrzysk w Rio de Janeiro. Finka pokonała tam słynną Irlandkę Katie Taylor zamykając jej drogę do olimpijskiego podium. W Warszawie też pokazała klasę.


Polek niestety zabrakło w finałach. Najbliżej awansu była Karolina Łukasik Koszewska (75 kg), była zawodowa mistrzyni świata, która wróciła na ring po siedmiu latach przerwy. W turnieju najpierw pokonała mistrzynię Europy, Angielkę Natashę Gale, by w półfinale, po zaciętym, wyrównanym pojedynku przegrać z późniejszą triumfatorką, Surmeneli Busenaz  z Turcji.

W półfinałach odpadły też Sandra Kruk i Aneta Rygielska (obie 57 kg). To jednak trochę za mało, by występ Polek w turnieju F. Stamma uznać za udany.


Mężczyźni spisali się lepiej, ośmiu finalistów robi wrażenie, ale kiedy przyszło do decydujących walk, wygrał tylko Kostecki (69 kg). Polak pokonał niejednogłośną decyzją sędziów wyższego i silniejszego Irlandczyka  Kierana Molloya, mimo wszystko wyraźniej jednak niż Damiana Kiwiora poprzedniego dnia. Jego rywalizacja z Kiwiorem o miejsce w reprezentacji na czerwcowe mistrzostwa Europy w Charkowie będzie zacięta do końca.

Bliski sukcesu był też Stanisław Gibadło w wadze średniej (75 kg), który przegrał 2:3 z Holendrem Maxem Van Der Pasem. Dobrą walkę z Sofianem Oumihą (60 kg), wicemistrzem olimpijskim z Rio de Janeiro stoczył Adrian Kowal. Przegrał bez dwóch zdań, ale pokazał się z dobrej strony, takie porażki niosą więc nadzieję, że może być lepiej. Myślę, że lepiej i skuteczniej może też walczyć w przyszłości Aleksander Stawirej (waga superciężka). Polak ma dwa metry wzrostu, sukcesy w kickboxingu, srebrny medal krajowych mistrzostw w Człopie i wciąż niewielkie bokserskie doświadczenie. W finale przegrał z atletycznie zbudowanym, i tylko nieznacznie niższym Australijczykiem Josephem Goodallem.

Przegrał też Aleksander Szwedowicz (81 kg) z doświadczonym i bardzo solidnym Peterem Mullenbergiem. Pięściarz ze Szczecina świetnie wypadł w półfinale, ale z Holendrem nie był sobie w stanie poradzić. Walczy się tak, jak przeciwnik pozwala, a Mullenberg to dwukrotny wicemistrz Europy, olimpijczyk z Rio, ścisła czołówka tej kategorii, więc porażka Szwedowicza nie powinna dziwić. Większym zaskoczeniem byłoby jego zwycięstwo.

Holendrzy wygrali trzy kategorie, Francuzi i Kazachowie po dwie, po jednym finałowym sukcesie dla Izraela, Polski i Australii, tak zakończyły się finały 34 Turnieju Feliksa Stamma.

Obecny na Torwarze Marian Kasprzyk, mistrz olimpijski z Tokio (1964) i brązowy medalista z Rzymu (1960) zapytany o ocenę występu Polaków nie tryskał przesadnym optymizmem, i słusznie. – W ich boksie brakuje indywidualnego stylu, czegoś co pozwala zapamiętać zawodnika na dłużej. Ale walczyli ambitnie, z sercem, a to też się liczy – powiedział Pan Marian, jeden z trzech żyjących, obok Józefa Grudnia (Tokio 1964) i Jerzego Rybickiego (Montreal 1976) polskich złotych  medalistów olimpijskich,. Takich pięściarzy jak oni jeszcze nie mamy.