Najpierw obejrzałem (i skomentowałem) w ten weekend galę w Ełku, gdzie głównym bohaterem był właśnie Balski. Znokautował w 2 min. 28 sek. Oleksejenkę jedną z najpiękniejszych serii ciosów jakie widziałem na polskich ringach: dwa sierpowe w tułów, lewy podbródkowy i gdy twardy Ukrainiec już leciał na matę zdążył jeszcze wyprowadzić prawy prosty. Niesamowita sekwencja uderzeń.

Następnego dnia, po powrocie do domu (nie znając rezultatu walki, bo wprowadziłem blokadę informacyjną) obejrzałem starcie Canelo Alvareza z Chavezem Juniorem. I powiem szczerze, byłem rozczarowany. Emocji było w niej tyle co kot napłakał. Chavez na wstecznym biegu, nie podejmujący żadnego ryzyka, walczący tylko o dotrwanie do ostatniego gongu. Może to obrazoburcze to co napiszę, ale w Ełku na walce Balskiego z Oleksejenką było ciekawiej niż w Las Vegas na meksykańskiej wojnie Canelo z Chavezem.

Tak, tak, będziecie gadać, że to różne światy, gdzie tam Balskiemu do Alvareza?! To prawda, światy różne, umiejętności też, kasa nieporównywalna. Ale jeśli chłopak który jeszcze kilkanaście dni przed walką łączył bokserskie treningi z rozwożeniem armatury łazienkowej i harował od rana do wieczora, wchodzi do ringu, demonstruje wszystkie ciosy z bokserskiego podręcznika, zachowuje chłodną głowę i widzi swoje błędy w starciu z rywalem który na pewno nie był bumem – to dobrze rokuje.

Balski ma wszystkie narzędzia do tego, żeby zostać mistrzem świata. Jest silny, zdeterminowany, dobry technicznie (opadającą lewą rękę można mu naprawić), skory do ciężkiej pracy. Jeśli nadal będzie się rozwijał tak jak dotychczas, to będzie mistrzem świata. Wierzę w to. Możecie się śmiać, kpi i szydzić. Przeczucie czasami jest ważniejsze od rozumu.