Zupełnie nierozważnie, chyba bardziej z zaciekawienia, stanąłem w chórze z tymi, którym spodobała się ogłoszona przed laty reforma. Gwarantowała więcej meczów, potencjalnie więcej emocji, a więc wielkich świąt dla kibiców piłki. Z czasem mój zapał gasł, zwłaszcza kiedy przyszło mi tłumaczyć zagranicznym ciekawskim, o co w tym systemie chodzi, a spoglądanie do tabel wszech czasów i próby dodawania doń połowę lub całe dorobki drużyn z sezonu okazywało się tzw. robotą głupiego. Rosło też poczucie niesprawiedliwości. Może nawet nie w nas obserwatorach, co u bezpośrednio zainteresowanych, grabionych po rundzie zasadniczej z połowy punktów. Odpowiadam zaocznie na argument, że wszystkim zabierano tyle samo. Otóż nie. Tym, którzy zdobyli najwięcej, zabierano najwięcej...

 

Jak pamiętam, system ESA37 miał być tymczasowym, ów czas przejściowy miał podnieść poziom piłki, wywindować kluby w europejskiej hierarchii, podnieść co za tym idzie poziom reprezentacji. Nie wiem, czy to nastąpiło, każdy z wymienionych problemów jest wielowarstwowy, najtrudniej chyba ocenić, czy nasz futbol en bloc zrobił tzw. postęp. Po ogłoszonej w poniedziałek rekomendacji reformy do reformy nie wiem zupełnie nic. Czy polska piłka zrobiła oczekiwany postęp, czy jednak nie? Czy system ESA37 okazał się strzałem w dziesiątkę, czy jednak był niewypałem, od którego należy odejść, ale nie ma dość woli i siły wśród rządzących, by wrócić do starej formuły? Daleki jestem od myślenia podszytego kompleksem "co inni pomyślą", ale po odejściu do dzielenia punktów, ale z pozostawionym podziałem na dwie grupy i siedem dodatkowych kolejek, w Europie będą patrzeć na nas jak na piłkarskich kosmitów.

 

A teraz bez ogródek, wiadomo o co chodzi. Polska liga, jak wiele dziedzin życia społecznego, stała się przedmiotem targów personalnych, w konsekwencji finansowych fruktów i przywilejów związanych z zajmowaniem stanowisk. Niestety, dotyka to także futbol, o czym można przekonać się od FIFA przez UEFA, aż do naszego poletka. Tyle że na świecie jeszcze się maskują, usiłując wmówić nam (np. mundial po nowemu), że to w trosce o poziom widowiska i wyrównywanie szans wobec mniej rozwiniętych finansowo i piłkarsko. U nas kawę na ławę, wiadomo, że nie o piłkę chodzi, tylko o spięcie klubowych budżetów, idące w ślad za tym poparcie, alianse, koalicje, stanowiska, etc.

 

W dyskusji o tym, jak powinny wyglądać rozgrywki ekstraklasy, nie usłyszałem od dawna pół argumentu sportowego, nie zauważyłem też, by ktokolwiek wziął pod uwagę zdanie kibica. Mam wrażenie, że tu idzie tylko o kasę, a i tak przecież nie wszystkich to dotyczy, jedynie tych, którzy są w stanie na tzw. dniu meczowym zarabiać. W narracji wyłaniającej się zza kulis, nie wybrzmiał nawet jeden sensowny powód zmian, bądź ich braku. Przekaz zdominowała relacja, kto jak z rady nadzorczej zagłosował, czy w strukturze Ekstraklasy nastąpił rozłam, czy jednak wszyscy wciąż trzymają się razem.

 

Nie zamierzam uciekać się do wyświechtanych w dyskusji nad kształtem ligi argumentów o systemach lig wysoce cywilizowanych, to oczywiste. Wolałbym jednak - podejrzewam, że kibice także - by przy ekstraklasie nie majstrowano w zależności od doraźnych potrzeb. Są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze, które nie powinny podlegać żadnej koniunkturze. Jeśli przyjąć, że futbol to świętość, traktujmy go poważnie, a nie protekcjonalnie bawmy się nim, jak wiatr zawieje. Jeszcze kilka kolejnych zmian, a naszej ekstraklasy nikt nie będzie traktował poważnie. Już teraz, niestety, patrząc na to, co dzieje się z naszą ligą, przypominają się, słowa Stanisława Kraszewskiego. O kameleonie...

 

"Kameleon, kameleon, ciągle barwę zmienia,

Kiedy siedzie na kamieniu, ma kolor kamienia.

A gdy w trawie się przemyka, cały jest zielony,

Ani taki, ani siaki, jak kameleony.

(…)

Ani tak, ani siak, stylu brak, to jego znak...".