Madison Square Garden to dobry teatr dla takich aktorów jak pięściarz z Omaha. Posiadacz pasów WBC i WBO w wadze junior półśredniej zmierzył się z dwukrotnym olimpijczykiem, złotym medalistą z Pekinu (2008), Felixem Diazem z Dominikany.

Stojący w narożniku mistrza olimpijskiego, Joel Diaz (nie ma żadnych związków rodzinnych z Felixem) mówił przed tym pojedynkiem, że jedyną szansą na sukces jest inteligentna presja. Urodzony w Meksyku Joel Diaz, były zawodowy pięściarz wagi lekkiej, a później trener, między innymi Tima Bradleya czy Abnera Maresa, wiedział co mówi. Crawforda miał okazję poznać jeszcze w czasach gdy pracował z „Pustynną Burzą”.  Terence przyjeżdżał wtedy do niego na zgrupowania.

- Ten chłopak ma wielki talent, znakomicie kontruje, jest bardzo szybki, zmienia pozycję i wyprzedza swoich rywali. Jeśli zostawisz mu zbyt dużo miejsca, z pewnością to wykorzysta. Felix  musi atakować bardzo agresywnie, zmusić go do bójki, wtedy nie będzie już tak pewny swego  - mówił mieszkający od dawna w Kalifornii, Joel Diaz, zaliczany dziś do czołówki najlepszych trenerów.

I tak właśnie próbował zacząć ten pojedynek Felix Diaz. Wiedział, że to jego życiowa szansa, pierwsza walka o mistrzostwo świata, do tego w legendarnej Madison Square Garden w Nowym Jorku. Przystępował do niej z rekordem 19-1, 9 KO. Tej jedynej porażki doznał z rąk Lamonta Petersona prawie dwa lata temu. Przegrał wtedy minimalnie, dwa remisu, a nie brakowało głosów, że to on zasłużył na zwycięstwo.

W pierwszej fazie Terence Crawford (31-0, 22 KO) miał trochę problemów. Felix Diaz jest mańkutem, on też zaczął z odwrotnej pozycji. Jest praworęczny, ale często walczy jako fałszywy mańkut, i robi to doskonale. Bokser z Dominikany szukał, co zrozumiałe, swojej szansy w półdystansie. Jest 8 cm niższy, tyleż ma też mniejszy zasięg, więc musiał jeszcze obniżać pozycję, by dopaść mistrza z Nebraski.

Ale w kolejnych rundach miał coraz trudniej. Przewaga Crawforda rosła, Diaz coraz gorzej widział na prawe oko. Lewe też było zapuchnięte.

W dziesiątej rundzie Terenece robił z nim co chciał, szydził, pokazywał język, bawił się jak kot z myszą przedłużając jego męki.

Do kolejnego starcia Felix Diaz już nie wyszedł poddany przez swojego trenera. To była mądra decyzja, mistrz olimpijski z Pekinu i czołowy pięściarz kategorii junior półśredniej był bowiem w tej konfrontacji bezradny.

Czas więc na unifikację. Do Crawforda należą pasy WBC i WBO, a do oglądającego ten pojedynek z pierwszych rzędów MSG Juliusa Indongo, tytuły WBA, IBF. Bokser z Namibii zdobył je w imponującym stylu w Moskwie i Glasgow. W stolicy Rosji już w pierwszym starciu znokautował faworyzowanego Eduarda Trojanowskiego, a w Szkocji wyraźnie wypunktował Ricky’ego Burnsa i zabrał mu pas WBA.

Indongo (22-0, 11 KO) jest pięć lat starszy od Crawforda, mierzy 179 cm (6 cm więcej od Amerykanina) i jak pokazały chociażby dwie jego ostatnie walki, potrafi boksować i nokautować.

Ale jeśli stanie w ringu z Terencem Crawfordem, nie będzie faworytem. Mówi się, że do tego pojedynku mogłoby dojść latem lub wczesną jesienią, a później do mistrza z Omaha przemierzany będzie Manny Pacquiao. Takie są plany Boba Aruma. Słynny promotor chciałby zderzyć swoich dwóch wybitnych mistrzów w takim właśnie, hitowym, pojedynku. Dla Pacquiao nie byłby to jednak najlepszy scenariusz.