W 2009 roku nasza żeńska reprezentacja sięgnęła po ostatni sukces, brąz mistrzostw Europy organizowanych w naszym kraju. Było wówczas wielkie wesele – pełna hala w Łodzi, najlepsze siatkarki w składzie drużyny prowadzonej przez trenerów Jerzego Matlaka i Piotra Makowskiego, dobrze grająca ekipa i całkiem silna liga, która stanowiła zaplecze dla kadry. Wesele trwało jednak w najlepsze i po tej imprezie nikt nie zauważył wybuchającego pożaru.


Mówią płonie stodoła płonie aż strach , aż kurzy się z niej. Trzeszczy wszystko dokoła ściany i dach gorąco, że hej. Pobiegnij tam do niej szkoda czasu, bo stodoła płonie a w niej ludzie jacyś są – śpiewał niegdyś Czesław Niemen.

I tak jak w jego weselu, tak i w naszej siatkówce wszystko spłonęło i nie udało się uratować weseliska. Naszą kadrą po Matlaku kierowali kolejno: Wiesław Popik (tymczasowo), Alojzy Świderek, Makowski i ostatnio Jacek Nawrocki. W międzyczasie polska wypadła z elity Grand Prix, zajęła 5., 11. i 8. miejsce w mistrzostwach Starego Kontynentu oraz nie zakwalifikowała się do dwóch kolejnych igrzysk olimpijskich (w Londynie i Rio de Janeiro) i dwóch kolejnych mundiali (we Włoszech i teraz w Japonii). Jedynym przebłyskiem było drugie miejsce w Igrzyskach Europejskich w Baku, a na zamknięcie dawnego cyklu Matlaka 9. miejsce w mistrzostwach świata 2010.


Teraz trwa już kolejna zmiana pokoleniowa w kadrze, ale kiedy po skończonym turnieju kwalifikacyjnym w Warszawie prezes Jacek Kasprzyk mówi o dalszym odmładzaniu, chce się zawołać: Jeszcze?! W drużynie narodowej mają grać najlepsze dziewczyny, a nie najmłodsze!

Doszliśmy do ściany

– Nie da się gruntownie i w nieskończoność odmładzać reprezentacji. Jest jakiś kres odmładzania, i w tym aspekcie doszliśmy już do ściany – grzmi trener Matlak. – Bo nie ma już więcej zaplecza. Pozostała szalona, ale mądra praca z tymi zawodniczkami, które są w tej grupie. Ale ona musi przynieść jakieś efekty, aby dziewczyny uwierzyły, że robią coś pozytywnego. I kiedyś ten moment rozliczenia musi nastąpić, bo przecież nie można przez cały czas klepać ten zespół i powtarzać, że nie ma się czym martwić, bo za chwilę będzie lepiej –  podkreśla opiekun reprezentacji w latach 2009-11.

 

Przecież dziś trzon kadry stanowią Agnieszka Kąkolewska (22 lata), Berenika Tomsia (29), Joanna Wołosz (27), Malwina Smarzek(20), Natalia Mędrzyk (25), Gabriela Polańska (28), czy Aleksandra Krzos (27).  Weteranek tu raczej nie widzę. Są za to dziewczyny, które grały lub grają w polskich i zagranicznych klubach od kilku sezonów i zostały wyselekcjonowane jako najlepsze możliwe przez trenera Nawrockiego. Pytanie – czy czternastka z Torwaru to najmocniejsza w Polsce grupa? Czy nie ma już więcej siatkarek na reprezentacyjnym poziomie?

Jesteśmy w drugiej lidze europejskiej!

Wysoka przegrana z Serbią na zamknięcie kwalifikacji do mundialu nie boli tak bardzo. Serbki to wicemistrzynie olimpijskie i poczyniły olbrzymi postęp w ostatnich latach. Choć zastanawiające jest, że w ciągu dwóch cykli olimpijskich znaleziono w tym kraju tyle ciekawych talentów, a za nimi wchodzą już kolejne roczniki. Jest ciągłość. A przecież Serbia liczy nieco ponad 7 milionów mieszkańców i siatkówka nie jest tam ani popularniejszym sportem niż u nas, ani federacja nie jest zasobniejsza. Ba, tamtejsza liga nie jest wcale mocniejsza, bo większość najbardziej utalentowanych siatkarek wyjeżdża po prostu zagranicę.

 

Ale dziś w Europie odjechały nam także Belgia i Holandia, że o Rosji, Włoszech, Turcji, czy Niemczech nie wspomnę. Przez ostatnie lata ciekawsze zespoły budowały nawet Bułgaria, Chorwacja, czy Azerbejdżan, żeby wspomnieć tylko strefę europejską. A teraz okazuje się, że na naszym terenie biją nas Czeszki. Halo, płonie stodoła! Biją nas Czeszki! Jak to wytłumaczyć? Na pewno nie zasobnością portfeli tamtejszych federacji, ani liczbą utalentowanych siatkarek. Raczej jakością pracy. I wcale nie tylko w Orlen Lidze, bo kilka Czeszek też z naszej ligi się wywodzi.

Ziemia marnotrawnych

Mam wrażenie, że sytuacja przypomina tę z piłki ręcznej – póki były sukcesy, było pięknie i nikt nie myślał do przodu. W rodzimej siatkówce dodatkowo obraz przysłaniają panowie, którzy regularnie biorą udział w największych imprezach, co jakiś czas przywożą z nich krążki i są zaliczani do światowej czołówki. Hale na meczach biało-czerwonych są pełne, nawet podczas meczów towarzyskich, jak ostatnio z Iranem w Katowicach. Choć i tu mamy już sygnały ostrzegawcze – w zeszłym roku podczas finałów Ligi Światowej podyktowano horrendalne ceny biletów i Tauron Arena w Krakowie świeciła pustkami. PlusLiga traci kolejne gwiazdy, a budżety klubów raczej nie wzrosną w kolejnym sezonie. Warto więc zastanowić się co dalej z krajowym volleyballem, co z volleylandem, którego potencjał nie maleje, ale jest marnotrawiony?

 

Niedługo przyjdą mistrzostwa Europy w Polsce i jestem pewien, że kadra Ferdinando De Giorgiego będzie walczyła o podium. Oby jednak ewentualne sukcesy panów znów nie przykryły dramatu żeńskiej siatkówki.