Ale jak ktoś dysponował anteną satelitarną i poskakał sobie po zachodnich kanałach, to miły siatkarski kwiatek co jakiś czas mu wpadał. Była taka stacja, która nazywała się Screensport, która specjalizowała się głównie w sportach motorowych z angielskim żużlem na czele. Z czasem jednak na antenie zaczęły pojawiać się inne dyscypliny. A to golf, a to jakaś koszykówka, piłka wodna i wreszcie, w niewielkim wymiarze, ale jednak - siatkówka. I tam, w okresie wczesnoletnim, już po naszym ligowym sezonie, w każdy... wtorek można było obejrzeć reprezentację Holandii z weekendowych meczów Ligi Światowej.

Obiekt westchnień...

Stare dzieje. Patrząc na to wszystko z perspektywy dwudziestu lat od debiutu reprezentacji Polski w Lidze Światowej można się tylko uśmiechnąć. Dla nas, dla Polaków, Liga Światowa była obiektem westchnień i bliżej niewyobrażalnych marzeń. Wszystko było... takie kolorowe, takie duże, wręcz na pierwszy rzut oka nieosiągalne. Wspomnieni Holendrzy swoje mecze rozgrywali w Hali A'Hoy w Rotterdamie, której trybuny co raz wypełniane byle piętnastoma tysiącami kibiców ubranych w jednolite pomarańczowe koszulki. Dziś w Polsce na nikim to nie zrobi wrażenia, bo my dzisiaj takich hal w Polsce mamy z dziesięć, a na trybunach od lat jest kolorowo.

Zielone światło

Kto pamięta nasz debiut w Lidze Światowej w 1998 roku ten śmiało może stworzyć jedyną w swoim rodzaju retrospekcję jak siatkówka ewaluowała w naszym kraju i jaki osiągnęła poziom. I ciekawe, gdzie byłaby dzisiaj, gdyby nie ówczesna determinacja Janusza Biesiady, Artura Popko, Mariana Kmity i Ireneusza Mazura. Gdzie byłaby nasza siatkówka dzisiaj, gdyby nie było warszawskiej restauracji "U Szwejka", a później sygnalizacji świetlnej przy Placu Trzech Krzyży? Brzmi zagadkowo, prawda? Ale tak też było wtedy z naszą siatkówką. Wszyscy chcieli, mieli ambicje, ale chyba nikt do końca nie wiedział, co z tego wyjdzie. Najważniejsze jednak, że to właśnie tam zapalone zostało zielone światło dla siatkówki.

Przy komplecie publiczności

Na początku była obawa. Głównie o wynik sportowy, bo nie ma co ukrywać, choć złoci juniorzy trenera Mazura porywali się na wielkie rzeczy w swoich kategoriach wiekowych, to tutaj jednak przyszło im się mierzyć z prawdziwą elitą. Włochy, Rosja, Brazylia, Kuba były potęgami, które między sobą rozstrzygały praktycznie wszystkie imprezy. No i my mieliśmy z nimi wtedy grać. I graliśmy, przy okazji budując background widowiska, który dziś stanowi absolutny wzorzec dla wszystkich federacji zrzeszonych w FIVB. Dziś to już wiemy. Nowe pokolenia Polaków, którzy złote lata siedemdziesiąte naszej siatkówki znały jedynie z opowieści rodziców, albo dziadków, pokochały siatkówkę właśnie dzięki Lidze Światowej. Do tego stopnia, że hale wypełniały się do ostatniego miejsca nie tylko podczas meczów, ale także treningów siatkarzy. Doświadczyli tego między innymi Kubańczycy, którzy podczas Finał Eight rozegranego w katowickim Spodku w 2001 roku swoją bazę przygotowawczą mieli w Kędzierzynie Koźlu. Od pierwszego do ostatniego dnia ich pobytu w tym mieście na zajęciach treningowych towarzyszył im komplet publiczności na widowni.

Koło zamachowe

Widowiska organizowane przy okazji meczów Ligi Światowej szybko zyskały uznanie na całym świecie. Z czasem zyskała je także nasza reprezentacja, która krok po kroku wchodziła do światowej czołówki. Nie ma się co czarować, ale gdyby nie 1998 rok i wylany wtedy solidny fundament pod rozwój całej dyscypliny, to dziś pewnie nie bylibyśmy w tym miejscu w którym jesteśmy, a po drodze pewnie nie byłoby tych wszystkich wywalczonych medali. Dla wielu młodych chłopców, dziewcząt zresztą też, kołem zamachowym które zadecydowało o tym, że zainteresowali się siatkówką i zaczęli uprawiać ten sport były mecze naszej reprezentacji właśnie w Lidze Światowej.

Mekka...

Przez kilka dobrych lat, zaczynając od 1998 roku, Liga Światowa była najważniejszym wydarzeniem dla siatkarskich kibiców w Polsce. Była też wyzwaniem dla trenerów i zawodników, bo dla nich to też była jedna z niewielu okazji, aby zmierzyć się w bezpośrednim starciu z drużynami z topu. Dziś sami do tego topu należymy i Ligę Światową możemy potraktować jako etap przygotowań do mistrzowskich imprez, w tym roku konkretnie do Mistrzostw Europy. Jedno się jednak nie zmieniło i się nie zmieni. Każdy mecz w Lidze Światowej pozostanie świętem, a jeśli Liga Światowa zagości do Katowic, do Spodka, tak jak w tym roku, w czwartek, to musi być święto. To właśnie tam, w mekce polskiej siatkówki wszystko się zaczęło. Dzięki Lidze Światowej.