A wcale tak nie musiało być. Gdyby ringowy Tony Weeks się nie pośpieszył, i nie przerwał walki pod koniec ósmego starcia, prawdopodobnie Andre Ward i tak ją wygrałby. Wystarczy przypomnieć sobie jak wyglądała ta ostatnia runda. Amerykanin trafił czystym prawym krzyżowym, po którym Kowaliow stracił na moment równowagę, a po chwili poczęstował go jeszcze lewym hakiem w okolice splotu słonecznego, następnie kolejnym lewym na wątrobę.

Dopiero później nastąpił ten zdecydowany atak i trzy lewe haki na dół, co do których można mieć poważne zastrzeżenia. Na pewno nie były to ciosy bite z taką  złą intencją, jak te, które zadał Andrzej Gołota w pamiętnej, rewanżowej walce z Riddickiem Bowe. Tam Polak chciał jak najszybciej rozwiązać problem, który pojawił się w jego głowie. A tu Ward wiedział, że wychodzi na prostą, bo Kowaliow wyraźnie tracił siły.

Tony Weeks stał najbliżej i uznał, że należy przerwać pojedynek. Kowaliow nie odpowiadał na uderzenia Warda, bo sądził, że ringowy zaraz zwróci mu uwagę, lub odbierze mu punkt, a jemu da chwilę wytchnienia. Stał przy linach, (usiadł na nich dopiero, gdy Weeks wskoczył między pięściarzy i zatrzymał walkę) więc liczenie na stojąco nie wchodziło w grę. Gdyby dotknął maty ringu, ułatwiłby mu zadanie, ale nie zrobił tego. Ringowy w tej sytuacji mógł albo puścić dalej walkę, albo ją przerwać, tak jak zrobił, lub na chwilę zatrzymać i udzielić ostrzeżenia (ewentualnie zwrócić tylko uwagę) Wardowi, a Rosjaninowi dać trochę czas, by doszedł do siebie.

Wybrał drugie rozwiązanie, do którego miał prawo, gdyby ciosy zadane przez Warda były prawidłowe. Ale one budzą poważne zastrzeżenia, choć trudno mówić tu o działaniu z premedytacją.

W walkach o takim ciężarze gatunkowym jak ta, obarczonych budzącym kontrowersję werdyktem w poprzedniej walce (3 x 114:113 dla Warda), trzeba dmuchać na zimne i robić wszystko, by nie dopuszczać do takich sytuacji. Choćby dlatego, by można uznać Warda prawdziwym mistrzem, na co zasługuje.

Dla mnie nim jest, bez względu na okoliczności, które miały w rewanżowym starciu z Rosjaninem, ale sądzę, że nie tylko Kowaliow myśli teraz inaczej.  Protest, który chce złożyć  Kathy Duva (promotorka "Krushera") prawdopodobnie zostanie odrzucony, nie sądzę też, by zarządzono trzeci pojedynek. Andre Ward ma już inne plany, zresztą kto miałby za to zapłacić.

A wracając jeszcze do samej walki, która w Manadalay Bay Events Center w Las Vegas zgromadziła nieco ponad 10 tysięcy widzów. Po siedmiu rundach dwóch sędziów widziało minimalną przewagę Amerykanina (67:66), a dla trzeciego lepszym był Rosjanin (68:65). Statystyki komputerowe taż wskazywały na wyrównaną walkę. 33 letni Andre Ward (32-0, 16 KO) wyprowadził 238 ciosów z których 80 doszło celu (34 procent), a rok starszy Kowaliow (30-2-1, 26 KO), były mistrz świata, 407 (95 celnych, co daje 23 procent).

Szkoda tylko, że nigdy nie dowiemy się jak dalej przebiegałby ten pojedynek, gdyby Tony Weeks przedwcześnie go nie zatrzymał.