Po meczach z Rosją w Katowicach i z USA w Łodzi wielu kibiców narzekało już nie tyle na same porażki, ale także na ich styl. Pojawił się też mityczny termin "ciężkiego treningu", cokolwiek w zawodowym sporcie miałoby to oznaczać, bo tłumaczenie porażek "ciężkim treningiem" wydaje się być doskonałym alibi dla... słabych sportowców, oczywiście nie tylko siatkarzy, dotyczy to bez wyjątku przedstawicieli wszystkich dyscyplin. Cieszę się bardzo, że mniej więcej tak samo - używając wprawdzie nieco innej konstrukcji słownej - powiedział Ferdinando de Giorgi po porażce naszej reprezentacji z Rosją.

 

Porażki naszej reprezentacji w kontekście czekających nas w tym roku Mistrzostw Europy, na tym etapie przygotowań do tej imprezy, zbytnio nie powinny nikogo martwić. Jest jeszcze dużo czasu i wszystko można poprawić. Martwić powinno natomiast co innego. Większość reprezentacyjnych drużyn, które oglądaliśmy w tegorocznej edycji Ligi Światowej jest obecnie w fazie przebudowy, ale w każdej z nich są jeszcze spore rezerwy. Praktycznie do każdej z nich, w każdej chwili, mogą dołączyć gracze, którzy będą dla tych zespołów bardzo dużym wzmocnieniem. Ot, żeby daleko nie szukać - popatrzmy na wspomniane USA i Rosję i zobaczmy kogo tam nie było, a kto jeszcze mógłby być. A u nas? Raczej lepszych zawodników od tych, którzy grali w tegorocznej Lidze Światowej nie znajdziemy, bo ich po prostu nie ma. Ci, którzy są, na pewno potrafią grać lepiej, co do tego nie ma wątpliwości nikt, ani de Giorgi, ani jego sztab, ani kibice, wreszcie - co najważniejsze - także sami siatkarze, czego dali wyraz swoimi pomeczowymi wywiadami, czy komentarzami.

 

Liga Światowa w naszym kraju przez ostatnich dwadzieścia lat dość mocno ewaluowała, o czym pisaliśmy na naszych łamach przed startem tegorocznej edycji.

 

Dlatego też na tegoroczną edycję powinno się spojrzeć raczej chłodnym okiem. I choć sam należę do grupy ludzi, którzy chcieliby, aby nasza kadra wygrywała wszystko i ze wszystkimi, nawet mając świadomość, że tak się nie da i stosując przy tym gradację imprez, zdecydowanie bardziej wolę przełknąć gorycz porażki teraz, niż gdybym miał to zrobić na przełomie sierpnia i września podczas naszych Mistrzostw Europy. Ferdinando de Giorgi to mądry człowiek. Udowodnił to pracując z sukcesami w Zaksie Kędzierzyn Koźle. Wierzę - nawet więcej - jestem przekonany, że wspólnie ze swoimi współpracownikami udowodni to także z naszą reprezentacją.

 

O tym jak cienka jest granica między totalnym uwielbieniem, a zesłaniem do piekieł przekonali się wszyscy dotychczasowi zagraniczni trenerzy naszej reprezentacji rozpoczynając od Lozano poprzez Castellaniego, Anastasiego, a na Antidze kończąc. De Giorgiemu wypadałoby życzyć, aby poszedł śladami... ich wszystkich, bo wszyscy coś wygrywali. Castellani w pierwszym roku swojej pracy odpadł w fazie interkontynentalnej Ligi Światowej, ale później zdobył dla Polski w Turcji pierwsze historyczne mistrzostwo Europy. Jeszcze dalej poszedł Antiga, który w 2014 roku też nie awansował do finału Ligi Światowej, a później zdobył mistrzostwo świata. Lozano i Anastasi zdobywali medale mistrzowskich imprez grając wcześniej w finałach Ligi Światowej. Lozano został wicemistrzem świata w 2006 roku, a Anastasi wywalczył brąz mistrzostw Europy w 2011 roku. Z kolei rok później wygrał Ligę Światową, tyle tylko, że na docelowej imprezie jaką były Igrzyska Olimpijskie w Londynie kompletnie zawiódł. Przypominam, że po euforii po sukcesie w Sofii, raptem dwa miesiące później przyszła refleksja, że jednak mimo wszystko ten szczyt formy powinniśmy złapać trochę później.