W czym tkwi tajemnica sukcesu? W niczym szczególnym. To efekt dobrze wykonanej pracy i znakomicie przeprowadzonej selekcji. Widać to na przykładzie tegorocznych mistrzostw, które po części zweryfikowały inne ekipy. Proszę sobie wyobrazić, że w reprezentacji Brazylii grał w Czechach tylko jeden zawodnik z kadry drużyny, która występowała przed dwoma laty na MŚ U19. To środkowy Gabriel Bertolini. Pozostali z rocznika 1997 gdzieś przepadli. Dziś grają inni, też całkiem nieźli, ale już nie tak zgrani ze sobą jak nasze młode orły. Trener Pawlik i jego współpracownicy bazują na grupie 24 zawodników, którzy znają się jak przysłowiowe łyse konie. W trzech ostatnich wygranych imprezach dochodziło do zmian, ale w przypadku naszej drużyny była to czysta kosmetyka.


Nie ma co ukrywać, ale komentowanie meczów naszej juniorskiej kadry, to frajda i czysta przyjemność. I wcale nie chodzi tutaj o przedstawianie samych zagrań, poszczególnych wyborów, bo te nie zawsze do końca są takie oczywiste, ale o charakter. Ta drużyna nauczyła się wygrywania w każdych warunkach. Ma w sobie ten zwycięski gen w DNA, który niezależnie od przebiegu sytuacji ciągnie ją do przodu, do ostatniej akcji, ostatniej piłki, do zwycięstwa. I to też jest wypracowana wartość.


Większość naszych złotych juniorów przyszła na świat w 1997 roku, czyli dokładnie wtedy, kiedy trener Ireneusz Mazur ze swoją złotą ekipą z Bahrajnu wylewał solidne fundamenty pod całą polską siatkówkę, dzięki której w ostatnich dziesięciu latach, polski sport przeżył wspaniały złoty czas zwieńczony wygraniem praktycznie wszystkiego, co było do wygrania. Gdyby nie upór i charyzma trenera Mazura oraz jego współpracowników dziś z pewnością nie bylibyśmy w tym miejscu w którym jesteśmy.


Impuls, który dała ekipa Mazura znakomicie wykorzystał trener Grzegorz Ryś i jego drużyna. Młodzież z rocznika 1983 ruszyła przetartym wcześniej szlakiem i powtórzyła wynik swoich starszych kolegów. Mistrzostwo Świata wywalczone w 2003 roku w Teheranie było zwieńczeniem kapitalnie wykonanej pracy w pełnym czteroletnim systemie szkolenia wprowadzonym w Szkole Mistrzostwa Sportowego. Tu warto przypomnieć, że nie wszyscy złoci medaliści byli uczniami spalskiej szkoły, ale właśnie na tym polega prawidłowa selekcja.


Zagumny, Kruk, Szczerbaniuk, Prus, Chadała, Gruszka, Murek, Ignaczak, Świderski, Papke, Szymański, Wnuk choć byli bardzo młodymi ludźmi stali się szybko rozpoznawalni jako mistrzowie świata juniorów. Szybko zostali też rzuceni na głęboką wodę, do seniorskiej reprezentacji, do rywalizacji w Lidze Światowej. Dla tych chłopaków przeskok był niesamowity, nie tylko jeśli chodzi o sprawy stricte sportowe, ale też o całą otoczkę. To naprawdę wcale nie jest łatwe, aby z malutkiej hali na 300 osób przenieść się do kilkunastotysięcznego Spodka i zagrać przy komplecie publiczności dodatkowo przed wielomilionową widownią telewizyjną. I to jeszcze zagrać z najlepszymi na świecie.


Obecni juniorzy mimo iż jeszcze w dorosłej reprezentacji nie zagrali mają te wszystkie poboczne problemy... z głowy. Oni wychowywali się i rośli z naszą siatkówką, oglądali to wszystko w telewizji, oni widzieli jak powstają nowe piękne hale, dla nich komplety widzów, doping i gra z najlepszymi to norma. Osobiście wierzę, że obecni mistrzowie świata, Kozub, Kwolek, Fornal, Kochanowski, Huber, Ziobrowski, Masłowski i reszta, pójdą śladami Zagumnego, Winiarskiego, Wlazłego, Możdżonka i zdobędą mistrzostwo świata w seniorskiej siatkówce. Życzę im przy tym, aby na swój seniorski triumf nie czekali tak długo jak ich starsi koledzy.


A na koniec taka mała konkluzja. Polska mistrzem świata! Prawda, że pięknie to brzmi...