Nie wiem czy wynik przejechanych 5000 kilometrów rocznie na dwóch kółkach może ułatwić definicję mojego kolarsko-rowerowego statusu, ale wiem też, że każdy kto systematycznie wsiada na rower ma dużo pokory do umownego "kolarstwa". Bo jeżdżąc regularnie, każdy z nas miał pewnie jakieś przygody na szosie, czy w terenie. A to jakiś defekt, a to jakiś upadek, pewnie każdemu z nas zdarzyło się, że brakło "prądu" i trzeba się było na chwilę zatrzymać, aby dojść do siebie.

Moje doświadczenia z zawodowym peletonem nie są jakieś wyjątkowe, ale jakieś tam są. Cztery lata z rzędu przejechałem wspólnie z całą obsługą techniczną od deski do deski nasz narodowy wyścig Tour de Pologne. Z bliska widziałem pracę dyrektorów sportowych, oczywiście samych kolarzy, mechaników, kucharzy oraz ludzi z Lang Teamu dbających o każdy detal - aby wszystko pracowało jak w przysłowiowym szwajcarskim zegarku. Pamiętam jak na jednym z etapów kolarze zastrajkowali. Było to chyba w Lublinie na rundach, przed ostatnią z zaplanowanych, wszyscy bez wyjątku zatrzymali się przed linią mety i odmówili dalszego ścigania, bo uznali, że jest zbyt niebezpiecznie, padał deszcz i było ich zdaniem za ślisko. To wtedy jeden jedyny raz w życiu widziałem zdenerwowanego Czesława Langa, którego przecież... zdenerwować się nie da.

Przypomniałem sobie tę sytuację w niedzielne popołudnie oglądając transmisję z dziewiątego, tak zwanego królewskiego etapu Tour de France. I tak sobie pomyślałem, że to, co wydarzyło się wtedy na Tour de Pologne, to był jakiś żart w porównaniu z tym, co wydarzyło się we Francji. Żart, i to ponury, ze strony kolarzy. Bo jeśli to co działo się wtedy w Lublinie, kiedy po płaskiej jak stół drodze wokół Starówki trzeba było przejechać trzy razy, było dla zawodowców wyzwaniem, to co powiedzieć o tym co działo się w niedzielę na mokrych zjazdach z tych monstrualnych francuskich gór? Szczerze się dziwię, że nikt z zawodowego peletonu nie zaprotestował, kiedy kolarze kładli się na drodze niczym łany zboża na wietrze, a obojczyki łamały się jak zapałki. No chyba nie o to chodzi w zawodowym ściganiu, prawda?

Niestety ofiarą tego nieszczęsnego etapu został też nasz Rafał Majka. Niemiłosiernie poobijany dojechał do mety ze stratą ponad dwudziestu minut do zwycięzcy. Dojechał szczęśliwie dzięki pomocy... Michała Kwiatkowskiego i nie byłoby tutaj nic dziwnego, gdyby nie fakt, że obaj reprezentują różne grupy, a jak wiadomo w zawodowym peletonie - co widziałem na własne oczy - nie ma żadnych sentymentów.  Na szczęście jest jednak przyzwoitość i wartości, które wynosi się z uprawiania kolarstwa, bo prawdziwe kolarstwo, to coś więcej niż sport. A Michał Kwiatkowski udowodnił swoją postawą, że nie zawsze trzeba być pierwszym na mecie, żeby wygrać. I za to wielki szacunek! A dla Rafała Majki życzenia zdrowia, bo charakteru ma w sobie chyba aż za dużo.