Z pięciu punktujących jeden widział wprawdzie nieznaczne zwycięstwo Filipińczyka, drugi remis, ale trzech pozostałych dało wygraną Hornowi. Warto jeszcze przypomnieć, że była to odpowiedź WBO  na prośbę filipińskiej komisji ds. sportu zawodowego i gier (GAB), o ponowną analizę tego pojedynku. Z góry jednak zastrzeżono, że wynik nie będzie zmieniony. Nowym mistrzem w wadze półśredniej jest Australijczyk o którym przed walką w Brisbane słyszeli tylko nieliczni. A Pacquiao musi się zastanowić, czy chce rewanżu, czy też skoncentruje się już tylko i wyłącznie na pracy senatora w swojej ojczyźnie.

 

Inna sprawa, że to co działo się po walce, te wszystkie dziwne głosy dobiegające z jego obozu świadczą niezbicie, że nie ma tam jedności. Promotor Bob Arum miał pretensje do wszystkich, tylko nie do sędziów, w pewnym sensie obwiniał też trenera Freddiego Roacha, który również zmieniał zdanie w zależności od pogody.

 

Nie ulega wątpliwości, że burza jaka towarzyszyła werdyktowi była przesadna, i tu zgadzam się ze Stevem Bunce’em z BBC. Teddy Atlas, znany trener i  komentator  przesadził w swoich oskarżeniach, bo walka nie była jednostronna, tak jak on ją widział.

 

Powoływanie się przy tym na tzw. statystyki komputerowe nie jest poważnym argumentem. Wielokrotnie komentując walki bokserskie widziałem na żywo prace tych panów, czasami siedziałem obok nich, bywało, że tuż za nimi. Ich praca skazana jest na błędy, bo niektórych ciosów po prostu nie widać, nie wiemy, czy doszły celu, czy też nie. Dopiero powtórki, i to nie zawsze, rozwiewają wątpliwości, a oni przecież z nich nie korzystają. Bywa, że statystyki pomagają lepiej zrozumieć walkę, ale są też takie sytuacje, że tylko zaciemniają jej obraz. I myślę, że tak właśnie było w Brisbane.

 

Moim  zdaniem wygrana należała się jednak Pacquiao, ale punktacji 115:113 u dwóch sędziów rabunkiem bym nie nazwał, a korupcją tym bardziej. Na takie oskarżenia trzeba mieć twarde dowody. Co innego 117:111 dla Horna, taka ocena jest karygodna i warto byłoby takiej niekompetencji, czy też nieczystym intencjom zdecydowanie przeciwdziałać, tym bardziej, że to przecież nie pierwszy i zapewne nie ostatni taki przypadek.

 

Jeśli ktoś oczekuje sprawiedliwości w zawodowym boksie, to będzie czekał długo i raczej się jej nie doczeka. Tam gdzie są pojawiają się pieniądze i konflikty interesów, pojawia się też pokusa, której nie wszyscy potrafią się oprzeć. Cała historia tego sportu usiana jest werdyktami budzącymi kontrowersje, a bywało, że uzasadnionymi podejrzeniami o coś więcej.

 

Zresztą boks olimpijski ma od swego zarania ten sam problem.

 

Wystarczy przypomnieć igrzyska olimpijskie z Seulu (1988) i wielkie, bokserskie afery. Nieżyjący Ryszard Redo, sędzia wybitny i bardzo przyzwoity człowiek, opowiadał mi co się wtedy działo, jakiej ich poddawano presji, na jakie pokusy wystawiano. Niektórzy niestety ulegali, a to co zrobiono w finale z Royem Jonesem Jr pokazuje tylko skalę tego zjawiska. Absolutnie nieporównywalną z tym co wydarzyło się w Brisbane.

 

MKOL nie zmienił jednak wyniku tamtej walki, nie przyznał, choć mógł złotego medalu Jonesowi Jr, usankcjonował jawne oszustwo, co do którego nikt nie miał przecież wątpliwości. To po Seulu wprowadzono słynne maszynki do liczenia ciosów, które na lata zmieniły boks olimpijski.

 

Dziś maszynek już nie ma, ale kontrowersyjne werdykty pozostały. Wystarczy przypomnieć ostatnie igrzyska w Rio de Janeiro i walkę Kazacha Witalija Lewita z Jewgienijem Tiszczenką w finale wagi ciężkiej (91 kg). Na oczach szefa MKOL zwycięzcą uznano Rosjanina, czyli tego, który dostał lanie.

 

I nie była to jedyna decyzja, która podważyła zaufanie do sędziów. Część z ich została odsunięta od pracy już w Rio, pozostali czekają na wyniki śledztwa specjalnej komisji do dziś.

 

Te przypadki pokazują tylko, jak ważne są zasady moralne i wewnętrzna uczciwość, nie mówiąc oczywiście o kompetencjach. Kiedy ich zabraknie historia stara jak boks znów się powtarza.