Wystarczy wyjść na wrocławski rynek. Może od razu nie przekonamy się, że odbywa się tu wielkie sportowe święto, ale zaglądając do kolorowo ubranych na sportowo grupek możemy przekonać się, że idzie o coś więcej niż tylko o medalową walkę. Przybyli ze wszystkich stron świata sportowcy postanowili zrobić z The World Games choćby namiastkę rozgrywanych co cztery lata igrzysk olimpijskich. Wprawdzie nie ma tu wielkiej olimpijskiej wioski, ale są ludzie integrujący się niezależnie od kolorów flag i dyscyplin, jakie reprezentują. Bardzo często wbrew globalnym stereotypom, że Rosjaninowi z Ukraińcem nie po drodze, Amerykanie nie podadzą ręki bliskowschodnim rywalom, a Japończycy zawsze złowrogo będą patrzeć na Koreańczyków, sport znosi wszelkie podziały. Wrocławianie i przybyli zewsząd turyści są zaskoczeni. Jak wygląda wielka na cały świat impreza sportowa, nie wszyscy wiemy, ale tu możemy się przekonać.

Bynajmniej nie piszę tych słów jako dziennikarz telewizyjnej stacji, który próbuje piórem zwiększyć oglądalność. Jeśli przyjrzymy się tym blisko czterem tysiącom uczestnikom The World Games nie tylko ze sportowej strony, jeśli zechcemy poznać ich bliżej, szybko przekonamy się, że scenariusz życia i karier większości z nich nadaje się na całkiem interesującą opowieść.

Co ciekawe, nie będzie to opowieść o sportowców zawodowcu, nad losem którego czuwa sztab profesjonalistów, a on sam ma na koncie regularny kontrakt, który pozwoli mu żyć bez stresu po zakończeniu kariery. To ludzie, którzy stoją przed wyborem „albo – albo”. Mama naszego trójboisty siłowego opowiada, że kiedy jej nastoletni syn wpłacał wpisowe za startowe, nie miał już na jedzenie, więc zawody nie zawsze wygrywał startując na pusty żołądek. Sam Krzysztof Wierzbicki, bo o nim mowa, jako nastolatek był świadkiem brutalnego pobicia jego matki, która w rezultacie skończyła na wózku inwalidzkim. By mieć siłę opiekować się mamą, a także bronić na przyszłość swojej rodziny, postanowił dźwigać ciężary.

Jeśli weźmiemy się za fistbalistów, usłyszymy, że to na co dzień urzędnicy i nauczyciele z wielką sportową pasją. Korfbaliści? Ludzie sportu, którzy dla sportu robią wszystko, ale absolutnie nie mogą z niego wyżyć. Ale to wciąż gotowi do poświęceń sportowcy-olimpijczycy, pełni zapału do pracy, z sukcesami na koncie, ale i pokorni wobec świata, dzięki któremu mogą choć na chwilę zaistnieć w świadomości kibiców.

Pamiętam wątpliwości, jakie targały wrocławianami, czy warto poświęcać pieniądze na organizację przedsięwzięcia, które w globalnej hierarchii sportowej znaczy nie tak wiele, a roli promocyjnej miasta i regionu być może nie spełni. Można oczywiście deliberować, czy samo miasto nie może z imprezy wycisnąć jeszcze więcej, wystarczy jednak zajrzeć do zagranicznych gazet, w których korespondenci opisują swoje przeżycia z The World Games i przekonać się, że o ich Wrocławiu i Dolnym Śląsku głośno jest nawet na Alasce. Tak, na Alasce, skąd przybyła amerykańska trójboistka siłowa Priscilla Ribic, wielokrotna mistrzyni świata, ale jedyna reprezentantka tego stanu we Wrocławiu. Za jej sprawą tamtejsze gazety uczą czytelników wymawiać nazwę „Vro-cav”. To ona, 44-letnia sportsmenka, relacjonuje, z jaką otwartością i życzliwością spotyka się w mieście i kraju, o którym wcześniej nie miała zielonego pojęcia.

Jeszcze ciekawsze są refleksje Azjatów. W artykule Raymonda Polaka czytamy zachwyty nad Wrocławiem, o zapierających dech w piersiach widokach, tętniącym życiem placach, wielokulturowym obszarze, który każe postrzegać Polskę jako nowoczesny kraj nowoczesnej Europy. Wypowiadający się w tekście członek tajwańskiej federacji Chen Sen Ting mówi o mieście „pięknym i spokojnym”. Jego rodak Li Rou Zhen podkreśla dwie sprawy, które zrobiły na nim wrażenie – niesamowite krajobrazy i przepyszne jedzenie.

Takich opisów, które powodują, że Wrocław będą chcieli odwiedzić ludzie związani z armią sportowców, którzy byli i zobaczyli na własne oczy, jest w sieci mnóstwo. Japońscy wspinacze do teraz w mediach społecznościowych prezentują zdjęcia z ulubionych śródmiejskich knajpek.

Na The World Games sprzedano już ponoć ponad 70 proc. z przygotowanych 140 tys. biletów na wszystkie imprezy. Na niektóre areny, np. squash czy wspinaczki, wejściówki wyprzedano na pniu. Ale jest jeszcze kilka dni i szansa, by zobaczyć ludzi, którzy sport autentycznie kochają. Jeśli jeszcze się wahacie, zobaczcie to. Poznacie sport w najczystszej postaci.