750 tysięcy dolarów gaży dla Ukraińca (50 tysięcy dla Marriagi) za jednostronny pojedynek zatrzymany po siódmej rundzie, to wynagrodzenie godziwe, ale dla kogoś, kto głośno mówi, że chce być nr 1 klasyfikacji bez podziału na kategorie wagowe, nie musi być zadowalające. I oczywiście nie chodzi tu tylko o pieniądze.

 

Ktoś taki jak Łomaczenko potrzebuje wyzwań. Pamiętam w jakim stylu wygrywał igrzyska w Pekinie i Londynie. Na tych pierwszych (waga piórkowa) był głodny zwycięstw i wielkiego sukcesu. Wywalczył złoty medal, otrzymał Puchar Barkera przyznawany najlepszym technikom (a tak naprawdę najlepszym zawodnikom), i zaimponował wszystkim. Cztery lata później też zdobył złoto (waga lekka), ale nie tylko moim zdaniem, był już lekko znudzony swoją przewagą nad rywalami.

 

Dlatego, kiedy podpisał zawodowy kontrakt chciał jak najszybciej walki o mistrzostwo świata. Chciał przejść do historii i pokazać, że można. Był przekonany, że go na to stać, toczył przecież zwycięskie, pięciorundowe pojedynki w World Series of Boxing (WSB).

 

I trzy lata temu dostał taką szansę, ale jej nie wykorzystał, przegrywając minimalnie z Orlando Salido. To był jego drugi zawodowy pojedynek, ale jak pamiętamy z równym powodzeniem to jego można było ogłosić zwycięzcą.

 

Przebieg walki z Marriagą był znany już przed pierwszym gongiem, choć Kolumbijczyk nie jest przecież przysłowiowym leszczem. Przegrywał tylko w pojedynkach mistrzowskich, z Nicholasem Waltersem i Oscarem Valdezem w wadze piórkowej. Teraz debiutował w wyższej kategorii,  stawką był należący do Ukraińca pas WBO.

 

Marriaga nie szukał usprawiedliwień. – Był lepszy, stłamsił mnie presją, ale mogłem walczyć dalej – powiedział. Może i mógł, tylko jak długo ?

 

Co dalej z Łomaczenką (9-1, 7 KO), z kim zechce go zestawić Bob Arum ? W swojej wadze Ukrainiec ma naprawdę niezłego mistrza WBA, 25 letniego Miguela Berchelta z Meksyku (32-1, 28 KO), bardzo ciekawego Amerykanina, dynamicznego i mocno bijącego, 22 letniego mańkuta, Gervontę Davisa (18-0, 17 KO), mistrza IBF, którego zobaczymy 26 sierpnia na gali z Floydem Mayweatherem Jr i Conorem McGregorem w rolach głównych, oraz posiadacza pasa WBA, Jezreela Corralesa (22-1, 8 KO) z Panamy, który podobnie jak Łomaczenko i Davis walczy z odwrotnej pozycji.

 

Jest jeszcze były mistrz wagi piórkowej, blisko 37 letni Meksykanin Salido (44-13, 4, 31 KO), któremu Ukraniec bardzo chce się zrewanżować, ale z czysto sportowego punktu widzenia taka walka niewiele mu da. Z drugiej strony nie chce mi się wierzyć, by Łomaczenko wygrywał z najlepszymi w wyższych kategoriach. W wadze lekkiej jeszcze tak, ale wyżej ? Z Crawfordem miałby wielki problem, a o wadze półśredniej już nie wspomnę. Inna sprawa, że gdyby dwadzieścia lat temu ktoś powiedział mi, że Floyd Mayweather Jr, czy Manny Pacquiao (ten szczególnie) zawędrują z sukcesami aż do junior średniej, to zwyczajnie bym nie uwierzył.

  

Pisząc przed sobotnią galą w Los Angeles zwracałem uwagę na Raymundo Beltrana i jego życiowe perypetie, które być może kolejne zwycięstwa pomogą mu rozwiązać. Meksykanin tym razem pokonał Bryana Vasqueza z Kostaryki, byłego mistrza interim kategorii junior lekkiej. Beltran był pięściarzem lepszym, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Zadał więcej celnych ciosów, co potwierdzają statystyki komputerowe. Był skuteczniejszy (202/594) w porównaniu do Vasqueza (139/527) jeśli chodzi o bilans wszystkich uderzeń, jak też tzw. power punches 168/441 – 122/320. Ciosy bite przednią ręką (jabs) też były jego domeną: 34/153 – 17/207.

 

Dan Rafael z ESPN dał mu dziewięć rund, a pięściarzowi z Kostaryki tylko jedną, ostatnią. Sędziowie jednak ocenili ten pojedynek inaczej. Jeden widział remis 95:95, a dwóch punktowało na szczęście 96:94 dla Beltrana, który poza ringiem toczy walkę o prawo do stałego pobytu w USA (od lat mieszka w Phoenix wraz z żoną i trójką dzieci).

 

A jeśli potwierdzi, że w swoim (bokserskim) fachu jest wybitny, to zwiększy też  szanse, by „zieloną kartę” otrzymać.

 

W długiej, 18 letniej karierze Beltran dwukrotnie walczył o mistrzostwo świata. W pierwszym przypadku, w 2013 roku, choć był lepszym pięściarzem sędziowie wypunktowali remis w starciu z Ricky Burnsem, broniącym pasa WBO w wadze lekkiej. Ściany w Glasgow pomogły wtedy Szkotowi. W walce z Terencem Crawfordem, rok później, wątpliwości już nie było. Amerykanin z Omaha wcześniej odebrał tytuł Burnsowi, a w pojedynku z Beltranem  go obronił.

 

Ale Crawford to gwiazda zawodowych ringów. Zobaczymy go 19 sierpnia, gdy w unifikacyjnym boju zmierzy się z Juliusem Indongo. W puli będą wszystkie cztery najważniejsze pasy wagi junior półśredniej, w której Amerykanin teraz występuje. Dwa z nich (WBC, WBO) należą do niego, dwa pozostałe (WBA, IBF) do mistrza z Namibii. I to może być najciekawszy pojedynek tegorocznego lata.

 

Wracając do Beltrana: swoje robi, co najważniejsze wygrywa i jest coraz bliżej kolejnej walki o znaczący tytuł. Ma też nadzieję, że wygra przy tym coś więcej niż pieniądze (za walkę z Vasquezem zarobił sto tysięcy dolarów) i mistrzowskie pasy. Jego głównym celem jest przecież zielona karta.