Wydawało się, że być może jeszcze go zobaczymy. Padła nawet konkretna data, 11 listopada. Tego dnia, w Las Vegas, miałby zmierzyć się raz jeszcze z Anglikiem. Zarobiłby kilkadziesiąt milionów dolarów, kto wie, może w rewanżu to on byłby lepszy?


Ale istniało realne niebezpieczeństwo, że Joshua będzie jeszcze groźniejszy niż na Wembley, że to wszystko naprawdę źle się dla Kliczki skończy.


Długo zwlekał z decyzją, wahał się do końca, choć prawdopodobnie były mniejsze lub większe naciski, by walczył. W kwietniu był przecież blisko wygranej przez nokaut. Fizycznie prezentował się znakomicie, pokazał boks ze swych najlepszych lat. Ale jednak przegrał, przed czasem.


Myślę, że mądrze zrobił rezygnując z rewanżu. Miał dużo do stracenia. Joshua byłby mądrzejszy o doświadczenia z ich pierwszej walki, wiedziałby jak zmusić go do błędów. Po co mu jeszcze jedna porażka przez nokaut, wolał się pożegnać w inny sposób.


Po raz pierwszy zobaczyłem go w ringu 22 lata temu w Berlinie, podczas mistrzostw świata. Miał 19 lat i walczył w wadze ciężkiej (91 k). Medalu nie zdobył, odpadł w ćwierćfinale przegrywając z przedstawicielem gospodarzy, Luanem Krasniqim. Jego starszy brat Witalij doszedł do finału kategorii superciężkiej, zmierzył się w nim z Rosjaninem Aleksiejem Liezinem i uległ mu na punkty.


Rok później, w duńskim Vejle, gdzie rozgrywano mistrzostwa Europy, przeprowadziłem z nim pierwszy wywiad. Walczył tam za dwóch, za siebie i brata, bo Witalija złapano na dopingu i wiadomo już było, że na igrzyskach w Atlancie go zabraknie. Mistrzostwa w Vejle były jedyną kwalifikacją olimpijską dla europejskich pięściarzy. Młodszy Kliczko nie musiał w tej sytuacji zbijać wagi, mógł rywalizować z swojej naturalnej wadze, superciężkiej.


Wyróżniał się w tłumie, wystawał nad nim idąc w reprezentacyjnym dresie z dużym napisem UKRAINA. Szczupły, dwumetrowy chłopak, który wierzył, że każdego może pokonać. W Vejle przegrał w finale z Liezinem, tak jak Witalij w Berlinie, po równej walce. Ale kilka miesięcy później, na igrzyskach w Atlancie, to on był górą, pokonał go w półfinale 4:1, by w walce o olimpijskie złoto zmierzyć się z potężnym Paeą Wolfgrammem  z Wysp Tonga. I to wcale nie był spacerek. Komentowałem ten pojedynek, Kliczko wygrał 7:3, ale początek był trudny.

W tym samym roku obaj z Witalijem podpisali zawodowe kontrakty z Klausem Peterem Kohlem, szefem niemieckiej grupy Universum.  Debiutowali na tej samej gali, 16 listopada 1996 roku, w Hamburgu. Miałem przyjemność te pojedynki komentować, to były czasy, gdy gwiazdą Universum był Dariusz Michalczewski, na galach tej grupy występował też Przemek Saleta, który kilka lat wcześniej uczył kickboxingu Witalija.


Ale gdy przychodziło do sparingów w Hamburgu bracia nie znali żartów. Szczególnie starszy. – Władimir jest lepszy technicznie, szybszy. Ma świetny lewy prosty, ale Witalij bije mocniej. Gdzie uderzy, boli – opowiadał mi Saleta, który często siadał ze mną za mikrofonem.
Łatwiej nawiązywałem wtedy kontakt z Witalijem. Był otwarty, lubił pożartować, mile wspominał wielomiesięczny pobyt w Polsce, miał w naszym kraju wielu przyjaciół.


Władimir wpadał na krótko, by stoczyć walkę z polskiej lidze w barwach warszawskiej Gwardii. Kończył je szybko, brał 200 dolarów i wracał do domu. To było jeszcze przed igrzyskami w Atlancie.


W tamtym czasie obaj bracia mówili tylko po rosyjsku. Później  zaczęli się uczyć niemieckiego i szybko go sobie przyswoili. Kolejnym językiem, który opanowali był angielski.  


A niejako przy okazji obronili  swoje prace doktorskie na Uniwersytecie Kultury Fizycznej w Kijowie. Starszy Witalij pisał o „ Teorii i metodyce selekcji zawodników do boksu wysoko kwalifikowanego” a praca Władimira nosiła tytuł: „ Wielostopniowa kontrola treningu sprawności fizycznej w boksie”. Pierwsza liczyła 74 strony, druga 68. Obie, z dedykacjami braci, miał w swoje bibliotece nieżyjący już dr Maciej Mizerski, lata całe pracujący w bokserskiej federacji Kanady.


Matt, bo tak na niego mówiono w jego nowej ojczyźnie, doskonale znał recenzentów tych prac, chwalił też ich zawartość. Z Maćkiem spotykałem się przy okazji mistrzostw świata, czy igrzysk olimpijskich, w Atlancie (1996) komentował wraz ze mną wiele pojedynków. A to tam właśnie Władimir sięgnął po olimpijskie złoto w wadze superciężkiej. Miał 20 lat, do dziś jest najmłodszym mistrzem tej kategorii.


Niewątpliwie zrobił gigantyczną karierę, choć niewiele przecież brakowało, by po porażkach z Rossem Purittym (1998 w Kijowie) i Corrie Sandersem (2003 w Hanowerze), gdzie stracił zdobyty trzy lata wcześniej pas WBO, pożegnał się z boksem. Rozstał się wtedy z Fritzem Sdunkiem i związał z amerykańskim trenerem Emanuelem Stewardem (Witalij do końca kariery pozostał wierny Sdunkowi). I choć mając go u swego boku, przegrał rok później z Lamonem Brewsterem w Las Vegas przez nokaut, nie załamał się. Kilka miesięcy później pokonał Samuela Petera (trzy razy leżał na deskach), a w kwietniu 2006 roku, raz jeszcze Chrisa Byrda i odebrał mu pas mistrza świata. Tym razem IBF.


Królował 9 lat, 7 miesięcy i 7 dni. Tylko legendarny Joe Louis był na tronie wagi ciężkiej dłużej: 11 lat, 8 miesięcy i 8 dni. W czasie swojego panowania młodszy z ukraińskich braci bronił należących do niego pasów 18 razy. Najwięcej obron w historii ma Louis (25), drugi w tym rankingu jest inny, wspaniały amerykański mistrz, Larry Holmes (20).


Władimir Kliczko stracił swoje pasy (WBA, IBF, WBO, IBO oraz The Ring) w pamiętnym pojedynku z Tysonem Furym, 28 listopada 2015 roku w Duesseldorfie.


Nigdy nie doszło do rewanżu, choć Kliczko bardzo na to liczył. Wrócił po długiej przerwie, by 29 kwietnia tego roku walczyć z Joshuą, złotym medalistą igrzysk w Londynie (2012), posiadaczem pasa IBF, który zabrał Charlesowi Martinowi.


W starciu dwóch mistrzów olimpijskich, na oczach 90 tysięcy widzów, którzy przyszli na Wembley i setek milionów przed telewizorami, stoczyli fantastyczny, dramatyczny pojedynek w którym Kliczko był o włos od wielkiego sukcesu. Ale ostatnie słowo należało jednak do młodszego rywala.


Teraz już wiemy, że i tego rewanżu nie będzie. 41 letni Władimir Kliczko podjął w pełni świadomie decyzję, że kończy długą przygodę z boksem. Kiedy z nim rozmawiałem w Vejle, 21 lat temu, chyba nie przypuszczał, że będzie aż tak wspaniała, że wyniesie go tak wysoko i uczyni znanym na całym świecie milionerem.