Trener Jacek Magiera jest jednym z najzdolniejszych polskich szkoleniowców. Jesienią pokazał klasę. Jednak teraz ma problem z dotarciem do piłkarzy. I to w kilku aspektach. Po pierwsze, motywacji. Mowa ciała pokazywała, że młody Sebastian Szymański i doświadczony Michał Pazdan chcą, ale reszta potraktowała środowy mecz, jak rutynowe starcie. Nawet asystent Magiery Aleksandar Vuković biegał mniej niż zazwyczaj... Po drugie, Legia gra w jednostajnym tempie. Praktycznie w żadnym momencie nie było przyspieszenia akcji. Po trzecie, brakuje pressingu. To, co na Zachodzie jest chlebem powszednim, dla mistrza Polski jest wyzwaniem z gatunku niemożliwych. I to na tle Astany i Sheriffa.

 

Faktem jest, że Magiera otrzymywał piłkarzy w opłakanym stanie. Hildeberto właśnie zadebiutował w europejskiej rywalizacji w barwach Legii, choć to już piąty mecz w rywalizacji UEFA. Armando Sadiku był do zmiany po niespełna godzinie gry. Warto nadmienić, że zszedł przy wyniku 0:0, będąc jedynym napastnikiem z prawdziwego zdarzenia, bo Jarosław Niezgoda po kontuzji nawet nie znalazł się w protokole meczowym... Cristian Pasquato musi być w opłakanym stanie fizycznym, skoro nie wchodzi w rewanżu z Astaną, a z Sheriffem cały mecz spędza wśród rezerwowych...

 

Atmosferę w klubie podgrzewa - i to chyba najbardziej zaskakujące! - Dariusz Mioduski, który mówi o kilkunastomilionowej dziurze budżetowej ze względu na brak play-off Ligi Mistrzów (a tym samym gwarancję gry jesienią przynajmniej w Lidze Europy). Pytanie, co Mioduski chce tym osiągnąć? Zmotywować zawodników? Kilku z nich myśli o innych wyzwaniach, gdzie więcej zarobią - taki Pazdan z tego powodu daje z siebie wszystko, a taki Moulin podaje pod nogi rywali... Wątpię, żeby któregoś z nich zajmowały kwestie budżetu Legii. A może Mioduski zwraca uwagę kibicom na finansowe problemy klubu? Nic to nie daje, bo fanów do sukcesów przyzwyczaił Bogusław Leśnodorski. Że były duże koszty? Kibiców to nie interesuje - liczy się fun z wygrywania ligi i kolejnych wyzwań przynajmniej w Lidze Europy.