Nasze stanowiska są dość konsekwentne i zdecydowanie różne, wiadomo, każdy broni swego. Kiedy startowaliśmy w czwartek, jednym samolotem do Kopenhagi, Zibi miał w tym sporze sporą przewagę i trochę sobie pofolgował w dworowaniu. Wszak na świeżo byliśmy po mało efektownym odprawieniu Polaków z turnieju o mistrzostwo Europy. W drodze powrotnej z Danii nasze szanse niespodziewanie się wyrównały. Los dostarczył dowodów, że „źle się dzieje” nomen omen, nie tylko „w państwie duńskim”.

 

Tydzień temu pisałem, po fatalnej sportowo inauguracji siatkarskich ME, że „nic się nie stało”. Pisałem tak, ponieważ wierzyłem, że to pierwsze – złe, - dobrego początki. Stało się inaczej. Ferdinando de Giorgi okazał się, niestety, takim włoskim Franciszkiem Smudą. Na klub świetny, na reprezentację beznadziejny. I powiem szczerze, że po środowym meczu ze Słowenią, czułem się dokładnie tak samo, jak pięć lat temu podczas Euro 2012, po meczu z Czechami. Krótko mówiąc – mało przyjemnie. No nic, tylko czarna rozpacz. Jednak po chwili zadumy  pomyślałem niczym Pan Michał Wołodyjowski – nic to. Nic to, bo rzecz jasna szkoda straconej szansy i pięknego turnieju, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Teraz trzeba tylko odwagi u działaczy PZPS-u i zdecydowanego, i co równie ważne, szybkiego działania. Co do kariery Pana Ferdinando to nie mam złudzeń, że jego czas jak szybko się zaczął w polskiej reprezentacji tak szybko się skończył i nie ma co się łudzić, że będzie lepiej, bo nie będzie. Dlatego powinien usłyszeć dzisiaj lub jutro z PZPS-u jednoznaczne – „arrivederci maestro”! „Do widzenia” powinno też dotrzeć do uszu Bartosza Kurka, Dawida Konarskiego i Fabiana Drzyzgi, ponieważ ich czas na dostarczenie dowodów, że są odpowiedzialnymi liderami narodowej drużyny też definitywnie dobiegł końca. Teraz czekamy na nowego, najlepiej polskiego, trenera i radykalne odmłodzenie drużyny, zwłaszcza że mamy świeżo upieczonych mistrzów świata do lat 21. I nie ma się co bać, bo gorzej niż w ubiegłym tygodniu, w polskiej siatkówce zwyczajnie być nie może.

 

Co do naszych piłkarzy, którzy w Danii dostali zaskakującej - fizycznej, i co gorsza - psychicznej zadyszki, to dziwnie jestem spokojny. Może nawet dobrze się stało, że przed decydującymi o awansie do finałów MŚ, meczami z Kazachstanem, Armenią i Czarnogórą, trzeba było trochę dostać obuchem w głowę. Głowa może i teraz boli, ale nie ma nic lepszego na zbyteczną pewność siebie niż sole trzeźwiące. Trzeba wyprzeć z podświadomości, dość powszechne a bardzo niebezpieczne myślenie, że ranking FIFA da nam jakąś przewagę w walce o miejsce w rosyjskim Mundialu. Nie da i nikt przed nami, z tego powodu, jak było widać w Kopenhadze, klękał nie będzie. Zatem tylko sto procent mocy i zaangażowania. Do boju Polsko! Będzie dobrze.