Całe szczęście, że udało się pokazać ten pojedynek i kibice nie musieli go oglądać na jakichś marnych tureckich streamach. Pojedynek był fenomenalny, przywracał wiarę w boks. Wspaniałe ciosy, zmienne akcje, dramatyzm. Brakowało tylko jednego żeby uznać walkę za super genialną, wybitną – nokdaunów, ale były rywal Gołowkina, Grzegorz Proksa (który komentował tę galę ze mną i Andrzejem Gmitrukiem) słusznie zauważył, że w ringu w hali T-Mobile w Las Vegas obaj wyprowadzili ciosy które powaliłyby konia. Konie by powaliły, ale nie powaliły ani Canelo ani GGG.

Padł remis: 118-110 dla Alvareza, 115-113 dla Gołowkina i zadecydował głos sędziego o swojsko brzmiącym nazwisku Don Trella (chyba jakaś rodzina Lucka Treli, które jako jedyny na IO w Meksyku nie dał się znokautować Georgowi Foremanowi i przegrał po straszliwym boju niejednogłośnie 1:4). Ta pani (Adelaide Byrd, prywatnie żona wielce szanowanego arbitra Roberta Byrda) która wytypowała wygraną Canelo dając mu 10 rund i tylko dwie Gołowkinowi oczywiście się wygłupiła. Mam nadzieję że zostanie ekskomunikowana ze świata boksu. Ważne że nie zepsuła mega widowiska.

„Punktacja na bok. Najważniejsze że daliśmy światu to co potrzebował – wspaniałą walkę” - podsumował widowisko Canelo Alvarez, który czuł że walkę wygrał. To samo mówił GGG, z tą różnicą że według niego to on był lepszy. Statystyki ciosów wyprowadzonych (703:505 dla GGG), w celu (218:169 też dla Gołowkina), ale już w ciosach silnych, power punch (sierpowe i podbródkowe) nieznacznie lepszy był Canelo (114:110). Remis nikogo nie krzywdzi.

Dla Gołowkina była to 19 obrona mistrzostwa świata w wadze średniej i już tylko jedna dzieli go od wyrównania rekordu wszech czasów należącego w tej wadze do Bernarda Hopkinsa.

Będzie rewanż, co obaj zapowiedzieli w wywiadach po walce przeprowadzonych w ringu przez gwiazdora HBO Maxa Kellermana. Ja się cieszę. Już przechodzi mnie dreszczyk emocji na myśl o tej walce. A do niej co najmniej pół roku.