Złoty medal dla Serbek nie jest zaskoczeniem. Należały do wąskiego grona faworytek mistrzostw Europy rozgrywanych w Azerbejdżanie i Gruzji. Wicemistrzynie olimpijskie z Rio de Janeiro i brązowe medalistki poprzednich mistrzostw Starego Kontynentu przeszły przez fazę grupową jak burza, w ćwierćfinale rozbiły Białoruś 3:0, w półfinale w takim samym stosunku Turcję, by w meczu o złoto nie dać szans Holenderkom (3:1), które znów sięgnęły po srebrny medal.

 

Przegrane wracają z Baku broniące tytułu Rosjanki, słabo wypadły Włoszki, na więcej liczyły grające przed własną publicznością i prezydentem Ilhamem Alijewem siatkarki Azerbejdżanu. Cel, jakim było podium tej imprezy, osiągnęły Turczynki, które mają brązowy medal. Ich trenerem jest Włoch Giovanni Guidetti, który dwa lata temu miał srebro z Holenderkami, a wcześniej dwukrotnie zdobywał je z Niemkami, co chyba wystarczająco potwierdza jego kwalifikacje.


Polki daleko, na miejscu dziesiątym, choć miały naprawdę duże szanse pokonać w barażu Turcję. Wcześniej w grupie wygrały z Niemkami i Węgierkami, przegrywając z Azerbejdżanem. Za rok mistrzostwa świata w których ich nie zobaczymy, za trzy lata igrzyska w Tokio na które będzie się bardzo ciężko zakwalifikować.


Nie mnie oceniać pracę Jacka Nawrockiego i to co pokazały Polki w Baku. Ewidentnym był brak siły rażenia z lewego skrzydła. Z jednym działem (Malwina Smarzek w ataku) nie dasię nic wielkiego wygrać, taka jest prawda i myślę, że nie tylko Nawrocki zdaje sobie z tego sprawę.

 

Zastanawiam się tylko jak można było zmarnować potencjał polskiej żeńskiej siatkówki, która w latach 2003 i 2005 nie miała sobie równych w Europie, a w kolejnych mistrzostwach też należała do elity (czwarte miejsce w Luksemburgu 2007) i brązowy medal w Łodzi, dwa lata później.


Myślę, że takie pytanie zadają sobie też inni, między innymi Zoran Terzić, który z reprezentacją Serbii (wcześniej Serbii i Czarnogóry) pracuje już 15 lat. Pamiętam doskonale jak w 2004 roku w Dreźnie kłaniał się w pas Andrzejowi Niemczykowi, który był dla niego guru.


Mówił zresztą o tym otwarcie, byłem na tym turnieju i miałem okazję z Terziciem rozmawiać. Nieśmiały, grzeczny młody człowiek, bardzo słabo mówiący po angielsku, był zachwycony stylem pracy Niemczyka i jego osiągnięciami.


Polki wygrały wtedy z Serbkami 3:2, ale o prawo gry w mistrzostwach świata (Japonia 2006) musiały jeszcze walczyć kilka miesięcy później w Warnie z Bułgarkami. Serbia pod wodzą Terzicia wywalczyła ten awans już w Dreźnie. Był to historyczny sukces siatkarek tego kraju.


Trzy lata później, podczas mistrzostw Europy rozgrywanych w Belgii i Luksemburgu Polki prowadzone przez Włocha Marco Bonittę wygrały w eliminacjach z Serbią bez większych kłopotów, by przegrać równie gładko w półfinale. One wróciły wtedy do domów ze srebrnym medalem, a nasze siatkarki z niczym. Czwarte miejsce było wtedy porażką.


Mijają lata i 51 letni Terzic wciąż jest trenerem kadry. Ale spełnia się też w klubie. Nikt mu tego nie zakazuje, więc pracował już we Włoszech, Rosji, Rumunii, ostatnio w Szwajcarii, a teraz w Dynamo Moskwa. A Serbki wciąż należą nie tylko do europejskiej, ale i do światowej elity. Nie ma już w tym zespole dawnych gwiazd, jak Jelena Nikolić czy Jovana Brakocević, ale są nowe, takie jak Tijana Bosković, 20 letnia MVP zakończonych właśnie mistrzostw Europy. Jestem przekonany, że stać je na medal kolejnych igrzysk, w Tokio, w 2020 roku. Oczywiście z Terziciem, który je tam zaprowadzi.


Cóż takiego stoi na przeszkodzie, że to co można zrobić w Serbii, nie jest możliwe u nas w Polsce?