Tak się czasami zastanawiam nad scenariuszem, który wcale nie był taki nierealny. Wyobraźmy sobie, że jesienią 2012 roku „baronowie” - czyli szefowie wojewódzkich związków piłki nożnej - zwierają szeregi. Nie ma dwóch, a nawet trzech kandydatów. Przecież wtedy wystartował Stefan Antkowiak, Edward Potok i jeszcze inny przedstawiciel „betonu”, Zdzisław Kręcina. Tak, tak, Kręcina dostał poparcie, mimo że był totalnie skompromitowany po aferze „podsłuchowej” niejakiego Grzegorza Kulikowskiego. Wystawiony został jeszcze kandydat „polityczny” Roman Kosecki, za którym mocno optowali Ireneusz Raś i Andrzej Biernat z PO... I rzecz jasna wystartował Zbigniew Boniek. 

 
Myślę, że gdyby baronowie wykreowali jednego kandydata – takiego Antkowiaka, to „posprzątałby” ze sceny i Koseckiego, i Bońka. Tymczasem Ryszard Niemiec – inteligentny „baron” - uknuł intrygę. Ba, napisał przemówienie Potokowi, które ten odczytał z trudem, momentami nawet sylabizując. Doprowadziło to do szału Antkowiaka, który przez wiele miesięcy przed zjazdem był solennie zapewniany o poparciu środowiska działaczy - kandydatura Potoka, oficera Ludowego Wojska Polskiego, była dla niego szokiem. Poznaniak urażony w swojej ambicji, postanowił się przeciwstawić. Dogorywający na polskiej scenie futbolowej Kręcina też nieźle zamieszał. Gdyby zliczyć głosy Potoka (27), Kręciny (15) i Antkowiaka (10), łącznie zgromadzili w pierwszej turze zjazdu z 2012 roku aż 53 głosy! Boniek dostał 45... Kosecki otrzymał 19 mandatów. Po pierwszej turze odpadał kandydat z najmniejszą liczbą głosów. Ludzie Antkowiaka przerzucili się więc na Bońka, bo wsparcie „zdrajcy” Potoka było dla nich nie do przyjęcia! Ba, Koseckiego opuściło 4 delegatów, a Kręcinę 2. Ostatecznie w drugiej turze Boniek dostał 61 głosów, a Potok został z 27 „szablami” (Kosecki 15, Kręcina 13). 
 
Boniek wygrał, ale jego zwycięstwo było tyleż logiczne, co graniczyło z cudem. Logiczne, bo wszyscy chcieli odnowy polskiej piłki. Szczęście przyszło jednak tylko dlatego, że „baronowie” się skłócili, a i politycy chcieli mieszać. Boniek części sali gwarantował spokój po rządach Michała Listkiewicza i Grzegorza Laty. Najpierw jednak była to tylko 45-osobowa grupa. Dopiero w trakcie zjazdu wyborczego Anno Domini 2012 roku urosła - w wyniku wspomnianych podziałów w szeregach przedstawicieli wojewódzkich związków piłki nożnej... 
 
Z Bońkiem jako prezesem zaczęła się nowa era w polskiej piłce. Boniek u progu swojej pierwszej kadencji powiedział wyraźnie, że chce – jako prezes PZPN – jechać na wielki imprezy piłkarskie.  Były trzy możliwości – MŚ 2014, EURO 2016 i MŚ 2018. Dotychczas nie udało się pojechać tylko raz – do Brazylii w 2014 roku. „Było za mało czasu, aby uporządkować wiele spraw” - mówi szef PZPN. Jednak jesienią 2013 roku, po roku pracy na ulicy Bitwy Warszawskiej 1920 roku, walka o reformę polskiej piłki została wygrana. Boniek zmienił wizerunek PZPN – niemal z dnia na dzień zmieniło się nastawienie mediów. Zupełnie inne podejście mieli sponsorzy. Błyskawiczny efekt przyniosła promocja Pucharu Polski...
 
Nie ma co ukrywać, że najważniejsze było jednak poukładanie reprezentacji Polski. W każdym wymiarze – od wybory właściwego selekcjonera aż po kwestię premii płaconych piłkarzom. Jakub Błaszczykowski opowiadał, że Lato – jako prezes PZPN - niemal stale uciekał od tego tematu. Że trzeba było „łapać” Latę w taksówce pod hotelem Hyatt w Warszawie – i to tuż przed EURO 2012 - aby ustalić pewne sprawy. Nota bene spór o premie i kwestie reklamowo-wizerunkowe spowodował pierwszy – i jedyny - kryzys na linii Boniek – zawodnicy. Negocjacje w Bristolu przyniosły efekt raz na zawsze. Nowy prezes PZPN pokazał czołowym zawodnikom, że jest konkretny. 
 
Boniek konkretny i konsekwentny był również w kwestii wyboru Adama Nawałki na stanowisko selekcjonera. Nawałka pół roku miał problem, aby wygrać jakiś mecz. Dziś wszyscy mówią o „twierdzy Stadion Narodowy”, ale jakże łatwo zapomina się, że na tym obiekcie miała miejsce przykra klęska wiosną 2014 roku ze Szkocją. Później nastąpiło „wymęczone” zwycięstwo z Litwą w Gdańsku. Przełomem był legendarny już mecz Polska – Niemcy, wygrany z mistrzami świata w październiku 2014 roku. Nawałka wiedział czego chce, a odnośnikiem do jego pracy był właśnie Boniek, a nie rozkapryszone media. Za kadencji Fornalika część mediów przesadnie atakowała selekcjonera, a część atakowała Bońka, że nie daje należytego wsparcia. Generalnie panował chaos. 
 
Boniek jako człowiek – i jako prezes – nie znosi chaosu. Lubi otaczać się fachowcami. Tak było przed laty w firmie, którą założył na polskim rynku - „Go and Goal”. Tak jest i w PZPN-ie, gdzie świetnym pociągnięcie okazało się wybranie na sekretarza generalnego Macieja Sawickiego. Były piłkarz Legii na co dzień zajmował się biznesem. Gdy – całkowicie zaskoczony - usłyszał Bońka w telefonie, znajdował się w Chinach w sprawach firmowych. Po powrocie rzucił wszystko, aby zbudować sprawną organizację. Boniek zwolnił część ludzi w związku, ale na część postawił z przekonaniem, czego przykładem Łukasz Wachowski, dyrektor departamentu rozgrywek krajowych, czy Marek Doliński, odpowiedzialny za bezpieczeństwo. Janusz Basałaj zbudował machinę propagandową, której wymiarem jest „Łączy nas piłka”. Tyle, że ta propaganda nie dałaby tak wielkiego efektu, gdyby nie sukces drużyny narodowej.
 
Boniek dmucha i cucha na reprezentację Polski, ale stara się doglądać młodzieżówkę i reprezentacje juniorów. Przez jakiś czas słabością kadencji Bońka była kwestia rozwoju piłki wśród dzieci i młodzieży. Jednak ekipa obecnego prezesa PZPN wprowadziła Akademię Młodych Orłów, Letnią Akademię Młodych Orłów, a także zaprezentowała „Narodowy Model Gry”. Rozmawiając z trenerami można usłyszeć ciepłe słowa o tym podręczniku, choć zarazem można w nim znaleźć wielki błąd – promuje system gry, który nie stosują polskie reprezentacje i kluby: 1-4-3-3. Nie ma co ukrywać, że charakterystyką polskiej piłki jest ustawienie 1-4-4-2, które zresztą świetnie sprawdziło się u Nawałki, gdy obok Roberta Lewandowskiego mógł grać Arkadiusz Milik. Świetnym pociągnięciem jest Pro Junior System, promujący wprowadzanie młodzieżowców w zawodowym futbolu (Ekstraklasa, 1. i 2. liga). W tym roku aż 12 milionów złotych trafi do najlepszych klubów. 
 
Jeśli miałbym wymienić największą słabość kadencji Bońka, która jest w kompetencji jego zarządu, to powiedziałbym o szkoleniu trenerów. Przez cztery lata panował kostyczny schemat opłat. Dopiero teraz – na początku drugiej kadencji – został zmieniony, po tym jak tematem zainteresował się Marek Koźmiński, nowy wiceprezes ds. sportowych. To jednak za mało. Pytanie o wykreowanie silnego zespołu, który z kolei wykreowałby nowe, ambitne, ale i dobrze warsztatowo przygotowane pokolenie szkoleniowców. To musi być cel na najbliższe trzy lata. Sukces w Rosji? Jak najbardziej. Dobre mecze w Lidze Narodów? Jasne! Awans na EURO 2020? Pewnie! Jednak nie należy zapomnieć o odpowiedzialności za stworzenie nowych kadr trenerskich. Boniek ma całkowitą rację, że straszne są zaniedbania klubów – w szczególności Ekstraklasy. Tam są prawdziwe pieniądze w polskiej piłce. Rocznie w obrocie znajduje się 700 milionów złotych, które jednak często są totalnie marnotrawione (duża ich część jest „wyprowadzana” z krajowego systemu, na co niedawno zwróciła uwagę szefowa 1 Ligi, Martyna Pajączek). 
 
Bońkowi i tak udało się osiągnąć bardzo dużo. Ciekawe co udałoby się takiemu Potokowi, czy Antkowiakowi, gdyby wówczas nie podzielili się – i jeszcze otrzymali wsparcie „nieśmiertelnego” Kręciny... Ale to już temat na opowiadanie science-fiction... W jednym zdaniu? Kuratorzy, podsłuchy, aresztowania – kto wie, kto wie... I tak w kółko Macieju - bo środowisko do ostatniej kropli krwi broniłoby się przed ingerencją polityczną. W życiu nie zgodziłoby się na kogoś takiego, jak Ryszard Czarnecki, czy inna kandydatura ze świata polityki.