Niby to oczywistość, a nie wszyscy pamiętają. Tak jak pieniądze lubią ciszę - idę tu w ślad za maksymą szefa PZPN Zbigniewa Bońka – ciszę lubią również strategiczne wybory. W siatkarskim związku od ponad dekady, kiedy sukcesy wzbudziły koniunkturę, za którą poszła również medialna wnikliwość, mało który prezes potrafi trzymać język za zębami. Sprawujący funkcję przed Jackiem Kasprzykiem Mirosław Przedpełski zwykł chlapać wszystko wszystkim. Jestem przekonany, że robił to w czystości intencji, nie czynił z tego jakiejś wyrafinowanej, obliczonej na korzystny dla siebie efekt gry. Taki był i już - co w sercu, to na widelcu. Wprawdzie na chwilę zjednywał sobie rozmówców powierzanymi im tajemnicami, ale per saldo wyjawiane kulisy prac związku obracały się przeciwko niemu, związkowi, albo przeciwko sprawie. Bo nazajutrz o wszystkim można było przeczytać z łamów.


Jeśli przypomnimy sobie wybory poprzednich selekcjonerów kadry siatkarzy, każdy z nich przebiegał w mniej lub bardziej kuriozalny sposób. Raula Lozano media ogłosiły trenerem nim ten podpisał umowę. Nazwisko Daniela Castellaniego też nie dało się długo utrzymać w tajemnicy. Jeszcze bardziej absurdalnie wyglądał wybór jego następcy Andrei Anastasiego. Właściwie to nie Włoch miał być szefem polskiej kadry, miał nim zostać Jacek Nawrocki. Pomijając niejasności wynikające z chęci trenera równoległego prowadzenia kadry i klubu (PGE Skry), kandydatura ta odmieniana w mediach przez wszystkie przypadki została zwyczajnie spalona wzbudzając coraz większą niechęć kibiców spoza Bełchatowa. Tylko ze Stephanem Antigą było w miarę normalnie, bo stosunkowo długo utrzymywano ten wybór w tajemnicy, właściwie do samego ogłoszenia nominacji.


To nie tak, że wszystkiemu winien był prezes Przedpełski. Winni byli wszyscy, którzy „klepali” zza kulis na lewo i prawo. Związek zamiast zdobywać powagę stosowną do rangi siatkówki w Polsce narażał się śmieszność. Minęła ponad dekada, zmienił się prezes, znów trzeba wymienić trenera, a standardy – niestety - pozostają te same. Nie piszę tego złośliwie, raczej w trosce o jak najlepszy wybór dla pełzającej w kierunku poważnego kryzysu reprezentacji.


Przypomnijmy sobie, jak było z Ferdinando de Giorgim. Włoch pracował zaledwie sezon i nawalił koncertowo. Przegrał z drużyną wszystkie imprezy z organizowanymi u nas mistrzostwami Europy na czele. W dodatku w grupie atmosfera była daleka od sielskiej, o czym świadczyły kolejno udzielane przez zawodników wywiady. Ledwie skończyła się impreza w Polsce, a już wiadomo było, że Włoch stanowiska nie utrzyma. Tymczasem związek niewiarygodnie utrzymywał, że sprawa wcale nie jest przesądzona. Ba, kibice mieli wrażenie, że jeśli de Giorgi weźmie winę na siebie niezależnie od diagnozy powodów niepowodzenia, całkiem realnie może utrzymać posadę.


Koniec końców Włocha zwolniono, ale to nie koniec kłopotów, w jaki postanowił wpędzić siebie prezes Kasprzyk. Nie wiadomo po co, ogłosił, że następcą na pewno zostanie Polak, bo czas na radykalną zmianę koncepcji, której PZPS hołdował od 2005 r. Deklaracja szefa PZPS okazała się lekkomyślną pułapką, bo kiedy wypowiadał te słowa, nie miał pojęcia, jacy kandydaci się zgłoszą. Jak pokazało życie, nie skonsultował się także z tymi, o których myślał, że trenerami reprezentacji mogą zostać. W publikowanych lawinowo wywiadach można było przeczytać, że biało-czerwonych na pewno poprowadzi Polak. Później dostaliśmy nawet nazwiska z Pawłem Zagumnym i Piotrem Gruszką na czele, następnie przyszła wersja z tercetem, czyli dwóch wymienionych plus Jakub Bednaruk, by chwilę temu przekonać się, że Zagumny o reprezentacji być może nawet myśli, ale na pewno nie teraz. Po drodze wypłynęło nazwisko Belga Vitala Heynena, który na ostatnim Euro prowadził swoich rodaków docierając z nimi z półfinału. Wcześniej na rozgrywanym w Polsce mundialu przed trzema laty wywalczył z Niemcami brąz. Jego kandydatura wygląda całkiem rozsądnie, ale w obliczu zapowiedzi prezesa o Polaku jest z miejsca nieaktualna.


W środę PZPS po obradach zarządu wystosował komunikat w sprawie wyboru trenera kadry. Czytamy w nim m.in., że „do trenerów wskazanych przez Wydziały Szkolenia i Trenerski skierowane zostaną zapytania zawierające między innymi: koncepcję pracy z reprezentacją Polski w perspektywie krótko i długoterminowej, określenia celów: zasadniczego i pośrednich oraz oceny aktualnego i przyszłego potencjału męskiej kadry narodowej”. Na tej podstawie wyłonieni zostaną kandydaci do rozmów bezpośrednich, a ostateczny wybór nastąpi na przełomie roku.


Wiemy, że nic nie wiemy, choć na pewno istotnym elementem tego komunikatu jest brak warunku, że będzie to Polak, jak zapowiadał/obiecywał to wcześniej szef związku. Wygląda na to, że PZPS zdał sobie sprawę z pochopnej deklaracji, z czego usiłuje wycofać się rakiem. Cóż, błądzić jest rzeczą ludzką, choć to już nie chwilowa skucha, a pielęgnowana od lat tradycja, by z wyboru selekcjonera uczynić mało zabawną komedię. Nie twierdzę, że na następcę de Giorgiego nie nadaje się żaden z Polaków, daleko mi, by suflować, czy siatkarze potrzebują jednego, dwóch, czy trzech szkoleniowców naraz. Rzecz w tym, by wybrać jak najlepszego fachowca bez względu na paszport, oczywiście z zastrzeżeniem, że on sam ma na to ochotę. Dla takiej sprawy warto nawet nie dotrzymywać słowa.