Piszę „my”, bo zazwyczaj tak postrzegamy naszych wygrywających sportowców. Nawet w skokach narciarskich nie wygrywa sam Kamil Stoch, tylko my wygrywamy razem z nim. Z Justyną Kowalczyk też przeszliśmy wspólnie przez szereg sukcesów z medalami igrzysk olimpijskich włącznie, dopóki ona sama nie zaczęła przegrywać z norweskimi rywalkami. Zapomniałbym; za kierownicą bolidu Formuły 1 też jeździliśmy z Robertem Kubicą, oczywiście tylko do momentu, kiedy nie zaczął wypadać z trasy rajdów. W futbolu również jest wszystko jasne. Za trenera Adama Nawałki ograliśmy Niemców, złoiliśmy skórę Rumunom, daliśmy łupnia Kazachstanowi. Ale już z Duńczykami przegrali „oni”. Pewnie gdyby nie chodziło o Jakuba Błaszczykowskiego w karnych z Portugalią w ćwierćfinale niedawnego Euro przegrałby sam nieszczęśnik, który jedenastki nie wykorzystał, ale że chodziło o więcej niż sportowca, po prostu poczciwego człowieka, dobrodusznie odpuściliśmy mu winy. My mu je odpuściliśmy, bo przecież to my mamy mandat do tego, by oceniać, łajać, piętnować i palić na stosie.

 

Oczywiście takie prawo kibica, nas dziennikarzy, ale słuchając podsumowań po towarzyskich starciach z Urugwajem i Meksykiem, w których nie wygraliśmy, nawet nie strzeliliśmy gola, mam wrażenie, że nie tylko świat nam się zawalił, ale też sufit zwalił nam się na głowę.

 

Niby oczywiste, a oczywiste nie jest. Trener Nawałka ma w sumie sześć meczów, w czasie których musi przygotować zespół na przyszłoroczny mundial. Krótki na dobrą sprawę dystans, by sprawdzić, jak drużyna funkcjonuje w odmiennych wariantach taktycznych, jak spisują się zawodnicy z drugiego szeregu, jak gotowi są, by w kryzysowym momencie wejść na boisko i spełnić oczekiwania. Nasze oczekiwania.

 

Pech, a może i zarazem fart Nawałki polegał na tym, że wysypał mu się z powodu kontuzji Robert Lewandowski. Nie było również Arkadiusza Milika, dzięki czemu selekcjoner przekonał się, czy w ogóle grę z innymi zawodnikami w roli napastników może rozważać. Wielu powiedziało, że nie ma takiej możliwości, ale nigdy nie przekonałoby się o tym, gdyby nie remis z Urugwajem i porażka z Meksykiem.

 

Gdyby nie te towarzyskie potyczki, gdzie u licha Nawałka przekonałby się o przydatności Jarosława Jacha, według fachowców największego wygranego ostatniego zgrupowania? Podobne pytanie można zadać o Jacka Góralskiego, czy innych, co do których zweryfikował swoje oczekiwania trener kadry.

 

Oszaleliśmy. Drużyna grająca bez dziewięciu kluczowych piłkarzy drużyna, ludzi, na których Nawałka od lat buduje zespół, przegrywa z Meksykiem (drużyną z drugiego koszyka) w najniższym możliwym rozmiarze, a my podnosimy alarm. Właściwie niektórzy ogłosili stan klęski, jeden z widzów zadzwonił do redakcji z konstatacją, że skoro nie traktujemy ostatnich dwóch wyników w kategorii poważnej wpadki, to znaczy, że o sporcie nie mamy zielonego pojęcia i pewnie nie odróżniamy krykieta od krokieta…

 

Jeszcze parę lat temu pojedyncze zwycięstwo z liczącym się rywalem traktowalibyśmy jak nagrodę, która musi zaspokoić nasze niepowodzenia długoterminowe. Bo przecież za poprzednich selekcjonerów awans na mundial czy Euro awans był długo wyczekiwaną niespodzianką. Obecnie jest obowiązkiem. Tak jak obowiązkiem stało się lanie wszystkich i wszędzie, czy to mecz o punkty, czy towarzyskie potyczki. Mniemam, że klęski, jakiej doświadczyli kilka dni temu Włosi, którzy po raz pierwszy od 60 lat nie awansowali na mundial, byśmy nie przeżyli. Ogłosilibyśmy koniec świata, naszą piłkę, trenerów, piłkarzy, działaczy należałoby zrównać z ziemią, a federację pozwać o rekompensatę poniesionych strat za zakupione bilety, piwo i chipsy.

 

Mecz z Urugwajem i Meksykiem były nam potrzebne. Tak Nawałce, jak wszystkim, którzy uważają, że stało się coś nadzwyczajnie złego. Potrzebne po to, by zrozumieć, jak bardzo powariowaliśmy i z właściwym rozumieniem sportu wciąż mamy kłopoty.