Kiedy ogłoszono, że będzie walczył z Sadamem Alim, młodszym od niego o osiem lat pięściarzem z Brooklynu trochę marudzono. Ali nie wydawał się godnym rywalem na taki uroczysty pożegnalny dzień. Był wprawdzie, podobnie jak Cotto olimpijczykiem (reprezentował bez sukcesu Stany Zjednoczone na igrzyskach w Pekinie – 2008), ale po pierwsze ostatnimi laty walczył w niższych wagach (lekkiej, junior półśredniej i półśredniej), a gdy przyszło mu walczyć o mistrzowski pas w tej ostatniej z Jessie Vargasem, przegrał w dziewiątej rundzie.

 

Zresztą sam Cotto też nie ukrywał, że chciał zmierzyć się z kimś bardziej znanym, ale nie udało się do  takiego pojedynku doprowadzić. I tylko dlatego jego przeciwnikiem był Ali, który z tej okazji przeniósł się raz jeszcze do wyższej kategorii, tym razem junior średniej.

Stawką był należący do Cotto pas WBO, jeden z sześciu w czterech różnych wagach, które Miguel Angel Cotto wywalczył w swojej wspaniałej, szesnastoletniej karierze.

 

Portorykańczyk żegnał się w nowojorskiej Madison Square Garden, to był jego dziesiąty pojedynek w tej legendarnej hali, która na lata stała się jego matecznikiem.

 

Walka z Alim zaczęła się po jego myśli, po siedmiu rundach prowadził, ale w właśnie w siódmym starciu doznał kontuzji lewej (tej silniejszej ręki) ręki. Warto bowiem przypomnieć, że choć walczył z normalnej pozycji, był mańkutem.

 

O tym, że doznał bolesnego urazu bicepsa powiedział po ogłoszeniu niekorzystnego dla niego werdyktu, ale się nie tłumaczył. Elegancko uznał, że rywal był lepszy i pogratulował mu zwycięstwa. Punktujący dla HBO Harold Lederman (115:113) ostatnie pięć rund dał Alemu, ale ta kontuzja wiele wyjaśnia. Oficjalni sędziowie też byli zgodni, cała trójka punktowała wygraną skazywanego nie tylko przez bukmacherów na porażkę Sadama Alego.

 

Swoją drogą pięściarz z Nowego Jorku znakomicie czuł się w nowej dla siebie kategorii i ciekaw jestem jak się będzie spisywał broniąc mistrzowskiego pasa. O tym, że wiele potrafi wiedzieliśmy wcześniej. Jako zawodnik Main Events stoczył kilka walk w Prudential Center w Newark na galach w których główną postacią był Tomasz Adamek, oglądaliśmy go w 2011 roku we Wrocławiu podczas pamiętnego wieczoru na Stadionie Miejskim w tym mieście, kiedy to Adamek walczył z Witalijem Kliczką. Ale dopiero teraz, w nowojorskiej MSG pokazał mistrzowską klasę. I ładnie to skomentował mówiąc, że „dobrym ludziom czasami zdarzają się dobre rzeczy”.

 

A Miguela Cotto chyba wszyscy zapamiętamy jako wielkiego czempiona, którego na pewno będzie brakowało na zawodowych ringach. I choć to pożegnanie z pewnością miało dla niego gorzki smak, bo nie tak sobie je wyobrażał, to tak naprawdę niewiele ono zmienia. Portorykańczyk zrobił zbyt wiele dla zawodowego boksu, by ta porażka mogła zatrzeć cokolwiek w naszej pamięci. Takich jak Cotto po prostu się nie zapomina.