Stawką walki było mistrzostwo świata WBO w super piórkowej będące w posiadaniu Łomaczenki. Rigondeaux (17-0 na zawodowych ringach), aby spotkać się z Ukraińcem przeskoczył o dwie wagi, z super koguciej, gdzie był mistrzem świata WBA, do super piórkowej. I to był skok w przepaść. Łomaczenko go zniszczył, zmusił do poddania po 6 rundzie. Kubańczyk, który ma ringowy przydomek „Szakal” nawet nie wyszedł z nory, ani razu nie zaatakował z werwą, nie zaryzykował. Kopał się w obronie jak Francuzi na linii Maginota podczas II wojny światowej walcząc z Niemcami, robił niskie uniki, przetrzymywał, za co został ukarany w 6, rundzie ostrzeżeniem. „Hi Tech” (przydomek Łomaczenki) nie zrobił mu co prawda krzywdy, ani razu nie posłał na deski, ale wygrał zdecydowanie wszystkie rundy.

 

Statystyki ciosów są przygnębiające dla „Szakala”. W żadnej z rund nie zadał więcej niż 3 celne ciosy. Łomaczenko trafił go 55 razy, Rigondeaux odpowiedział zaledwie 15 uderzeniami. Po walce Kubańczyk tłumaczył się, że w drugim starciu uszkodził sobie lewą rękę i nie mógł walczyć. Ale prawdę powiedziawszy nie było widać na jego lewej pięści żadnej opuchlizny. Być może szukał usprawiedliwienia dla wstydliwej porażki.

 

Przed tą walką Łomaczenko był uznawany przez magazyn „The Ring” za najlepszego boksera na świecie w kategorii „cios za cios”, bez podziału na kategorie wagowe. Teraz widać, że było to w pełni uzasadnione.

 

Jestem zaskoczony marną zapłatą dla genialnego Łomaczenki. Zaledwie milion 200 tys dolarów brutto. Po podliczeniu podatków, prowizji dla promotora i zapłaty dla trenera (na szczęście to jego ojciec, a więc pozostanie kasa w rodzinie) zostanie mu z pół miliona. Floyd Mayweather Jr i Connor McGregor dostali za swój kabaretowy występ po 100 razy więcej. Chyba sport coraz bardziej zmierza w stronę kabaretu. Czy to w ringu czy to w klatce coraz więcej kabareciarzy. Coraz mniej prawdziwych sportowców...