KOMENTARZE
Dlaczego w plebiscycie "PS" zabrakło pięściarzy?
Kiedyś nasi pięściarze brylowali nie tylko na ringach całego świata, ale również w Plebiscytach „PS”. Dziś to już tylko wspomnienie.

Zaczęło się 90 lat temu. W 1928 roku dziesiąte miejsce zajął bokser Jan Górny. Później w plebiscytowej dziesiątce pojawiali się Jan Arski, Witold Majchrzycki, Henryk Chmielewski (w okresie międzywojennym czterokrotnie, w tym dwa razy na drugim miejscu), Szapsel Rotholc, Czesław Cyraniak, Aleksander Polus, Antoni Czortek i Antoni Kolczyński, który gdyby nie wojna mógł być największą gwiazdą polskiego boksu. Pierwszym, który wygrał Plebiscyt „PS” był w 1948 roku Aleksy Antkiewicz. „Bombardier z Wybrzeża” zdobył w tym samym roku na igrzyskach olimpijskich w Londynie brązowy medal, pierwszy dla powojennej Polski. Później w latach 1951-52 dwukrotnie zwyciężał Zygmunt Chychła, pierwszy polski powojenny mistrz olimpijski. W 1953 roku Plebiscytu nie organizowano. Dopiero w 1989 roku głosami ekspertów wybrano najlepszych, by uzupełnić lukę w historii. Wygrał Leszek Drogosz, a w pierwszej dziesiątce znalazła się cała piątka polskich złotych medalistów pamiętnych mistrzostw Europy w Warszawie (1953), w tym Chychła. „Czarodziej ringu” był ostatnim pięściarzem, który znalazł tak duże uznanie w oczach kibiców. 

 

Kolejni wybitni mistrzowie pięści mieli już trudniej, polski sport rósł w siłę, plebiscytowa rywalizacja była coraz bardziej zacięta. Na najwyższym stopniu plebiscytowego podium nie stawali mistrzowie olimpijscy: Kazimierz Paździor, Józef Grudzień, Jerzy Kulej, Marian Kasprzyk, Jan Szczepański czy Jerzy Rybicki. Kasprzykowi złoto z Tokio (1964) wystarczyło zaledwie do dziesiątego miejsca, choć walczył o nie tak bohatersko ze złamanym kciukiem. A srebrny medal olimpijski Pawła Skrzecza z Moskwy (1980) okazał się już zbyt słabym argumentem, by się w tym gronie znaleźć, choć był to najlepszy występ polskiego boksera na tych igrzyskach.


Ostatnim pięściarzem w plebiscytowej dziesiątce był Tomasz Adamek, który w głosowaniu za rok 2010 zajął piąte miejsce. Walczył wtedy już w wadze ciężkiej.


Pięć lat wcześniej był drugi (to jego najwyższe miejsce) za Otylią Jędrzejczak. Nasza delfinistka miała za sobą zwycięskie mistrzostwa świata w Montrealu, a Tomasz Adamek pierwszy tytuł mistrza świata (jeszcze w wadze półciężkiej), który wywalczył w Chicago wygrywając po dramatycznej, ringowej wojnie z Australijczykiem Paulem Briggsem.


Trzy lata temu, by znaleźć się w tym zacnym gronie, niewiele zabrakło Krzysztofowi Głowackiemu. Zrobił wszystko co w jego mocy, spektakularnie znokautował w Newark Marco Hucka, jednego z najdłużej panujących czempionów wagi junior ciężkiej, odebrał mu pas WBO, ale to wystarczyło by zająć „dopiero” 11 miejsce w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”.


Widać boks stracił ostatnimi laty trochę na popularności, a sam Głowacki dopiero tym pojedynkiem przebił się do powszechnej świadomości tych, którzy interesują się sportem. Prawdopodobnie gdyby rok później pokonał w gdańskiej Ergo Arenie znakomitego Ukraińca Ołeksandra Usyka i po raz drugi obronił tytuł mistrza świata (w pierwszej obronie, kilka miesięcy wcześniej wygrał zdecydowanie z Amerykaninem Steve’em Cunninghamem) byłby w tym swoistym rankingu popularności wysoko.


Czy najbliższe takie plebiscyty mogą coś zmienić, czy polski boks znów będzie się cieszył z obecności w nich swoich przedstawicieli? Nie można tego wykluczyć, choć prawdopodobieństwo takich scenariuszy nie jest niestety zbyt duże. „Główka” Głowacki, ostatni polski mistrz świata obiecuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, to samo mówi Krzysztof „Diablo” Włodarczyk, inny z byłych mistrzów, ale w tym drugim przypadku, w obecnej sytuacji, po szybkiej przegranej z Muratem Gassijewem o pas IBF w USA, to tylko słowa. Tyle że w boksie wystarczy jeden cios, by wszystko zmienić. Na lepsze również.

pobierz aplikację pobierz aplikację
Polsat Sport
Najnowsze wiadomości sportowe z kraju i ze świata!
zamknij