Jeśli jednak zraniona duma kibica faktycznie potrzebuje wskazania winnych, to myślę, że należałoby ich poszukać w gronie tych, którzy nieuchronnie nadciągającej katastrofy nie chcieli dostrzec. A ten trop nie prowadzi nas ani do Povoa de Varzim, gdzie w niedzielę zremisowaliśmy z Portugalią, tracąc szanse na grę w mistrzostwach świata 2019, ani do Płocka, gdzie remisując w maju z Białorusią ostatecznie pożegnaliśmy się z marzeniami o Euro 2018. Jeżeli wpiszemy w GPS "upadek piłki ręcznej" zmyślny system nawigacji bez wątpienia celem podróży uczyni ulicę Puławską w Warszawie. A konkretnie siedzibę Związku Piłki Ręcznej w Polsce.

 

I nie chodzi mi już teraz nawet o wszystkie grzechy zaniechania popełnione od pamiętnego roku 2007, srebrnego medalu mundialu w Niemczech i eksplozji handballowego szaleństwa nad Wisłą. To wszystko jasne, oczywiste i wielokroć udowodnione. O źródłach ostatnich niepowodzeń pisałem i mówiłem ja, pisali i mówili mądrzejsi koledzy. Teraz, dziś, śledząc mistrzostwa Europy bez Polaków - ze świadomością, że i w przyszłorocznym mundialu nas zabraknie - pragnę jedynie, by kibice, skoro już i tak wściekli, wściekali się na tych, którzy na to sobie zasłużyli.

 

A na tę wściekłość nie zasłużyli sobie ci, którzy w Portugalii grali najlepiej jak umieli - bo lepiej nie umieją. Nie zasłużył trener, który wybrał tych, a nie innych - bo lepszych wybrać nie mógł. Nie zasłużyli również ci, których w Povoa de Varzim nie było - bo Bielecki, Lijewski, Jurkiewicz, Jureccy dali nam wszystkim w ostatnich latach więcej niż jeszcze kilkanaście lat temu ktokolwiek śmiałby marzyć; dość, by dać im pełne prawo do powiedzenia "pas" w dowolnie wybranym przez nich momencie.

 

Szczerze przyznaję, że nie wiem, czy istniał jakiś niezawodny sposób na zapewnienie godnych następców genialnemu pokoleniu trzykrotnych medalistów mistrzostw świata. Bez wątpienia działacze związkowi powinni zrobić więcej, ale czy dałoby to gwarancję kolejnych sukcesów - nie mam pojęcia. Jednakowoż nie mam cienia wątpliwości, że na nadchodzące chude lata można było - ba, trzeba było - kibiców przygotować.

 

"Trochę przespaliśmy ostatnie lata, w związku z czym z góry przepraszamy kibiców za to, że w najbliższych wielkich turniejach nie odegramy żadnej roli, a na niektórych pewnie nawet się nie pojawimy. Świadomi własnych błędów zrobimy wszystko, by w perspektywie kilku lat odzyskać miejsce w światowej czołówce" - taka deklaracja, złożona mniej więcej rok temu przez władze ZPRP, nie załatwiałaby oczywiście wszystkiego, ale byłaby przynajmniej uczciwym postawieniem sprawy. Ale takie słowa nie padły.

 

W zamian od samego prezesa Andrzeja Kraśnickiego usłyszeliśmy: - "Tałant Dujszebajew podpisał nowy kontrakt. Cel sportowy to udział w igrzyskach w Tokio oraz znalezienie się w strefie medalowej, czyli awans minimum do półfinału. A przed 2020 rokiem? Chcemy kwalifikować się na wszystkie imprezy najwyższej rangi, a więc zarówno mistrzostwa świata, jak i Europy." (listopad 2016, sportowefakty.pl).

 

- "Wkrótce powinniśmy poznać nazwisko nowego selekcjonera, ale cel mamy jeden i on się nie zmienia: awans na igrzyska w Tokio i zajęcie tam dobrego miejsca" (maj 2017, polsatsport.pl).

 

I o to mam właśnie żal. Absolutnie nierealistyczne zapowiedzi sprawiły, że spora część kibiców ma dziś pretensje do trenera Piotra Przybeckiego i jego zawodników. A przecież Gierak nie jest Tkaczykiem, Makowiejew - Jurkiewiczem, Krieger - Siódmiakiem, Przybylski - Lijewskim (ani Marcinem, ani Krzyśkiem). Można tę wyliczankę kontynuować, ale... po co. Jest jak jest. Jeżeli w polskiej piłce ręcznej wydarzyło się coś niewytłumaczalnego, to była to raczej dekada liczona od MŚ w Niemczech do igrzysk w Rio, a nie to, co dzieje się teraz. Tłustych lat (1972-1982 plus 2007-2016) było w naszym szczypiorniaku wyraźnie mniej niż chudych (wszystkie pozostałe).

 

Piotr Przybecki, niegdyś znakomity zawodnik, a dziś równie klasowy trener, miał to nieszczęście, że urodził się zbyt późno, by święcić triumfy w latach siedemdziesiątych i zarazem nieco zbyt wcześnie, by być częścią drużyny, w której w 2007 roku zakochała się cała Polska. Ale czynienie mu zarzutu z takiego, a nie innego momentu przyjścia na świat, byłoby równie absurdalne, co zgłaszanie pretensji, że druga linia Gębala - Gierak - Przybylski nie funkcjonuje u niego równie dobrze, co zestawienie Bielecki - Tkaczyk - Lijewski u Bogdana Wenty.

 

Bo to, że tercet Kopczyński - Moulin - Pasquato nie daje drużynie w środku pola tyle, ile zestawienie Casemiro - Kroos - Modrić nie wynika z różnicy między Jozakiem a Zidane'em. Co chciałbym zostawić pod rozwagę tym wszystkim, którzy po remisie z Portugalią najchętniej ukrzyżowaliby trenera...