Już samo otwarcie igrzysk dostarczyło niezwykłych przeżyć, i to nie tylko w sferze estetyczno-rozrywkowej. Umiejętnie wkomponowane w multimedialne widowisko, grupowe wykonanie lennonowskiej pieśni wszechczasów „Imagine” wprowadziło u odbiorców na całym świecie nastrój pojednania, pokoju, zrozumienia i tolerancji.

 

Te wszystkie akcenty znalazły się też w przemówieniu szefa MKOL-u Thomasa Bacha, a zwieńczeniem szlachetnych intencji był wspólny, symboliczny marsz zawodniczek z Południowej i Północnej Korei. Późnym wieczorem dotarła jeszcze do wszystkich informacja, że przedstawiciele obu zwaśnionych krajów po raz pierwszy od 10 lat nawiązali kontakt dyplomatyczny. To było piękne i po tych kilku, pierwszych dniach zawodów myślę, że istota przesłania piosenki Johna Lennona jest obecna na wszystkich arenach i zawodach rozgrywanych w Pjonczang.

 

Sport, jak chyba żadna inna dziedzina życia, uczy elementarnego, oczywistego szacunku do każdego rywala, który jest poddany tym samym trudom, wyrzeczeniom i stresom w drodze do medali. To kryterium uniwersalne i sprawiedliwe, no chyba że przydarzy się coś takiego, co widzieliśmy na małej skoczni w sobotnie popołudnie.

 

To oczywiście przykre i bolesne, ale tak samo jak Lennon namawiał do wyobrażenia sobie świata bez głodu, chorób, wojny i własności, tak każdy z kibiców, i to nie tylko polskich, powinien w swojej głowie brać pod uwagę takie przypadki, jakich doświadczyli Kamil Stoch i Stefan Hula. Tak po prostu w życie bywa, a już w sporcie szczególnie.

 

W tym miejscu szacunek do komentujących zawody w telewizji: Włodka Szaranowicza i Przemka Babiarza. Rozsądnie, zaraz po zakończeniu zawodów, ani nie ogłosili żałoby narodowej, ani nie złorzeczyli na los. Ot, pogratulowali zwycięzcy, podkreślając jego sportową klasę.

 

Równie mądrze zachował się Kamil Stoch, zapytany przez reportera Eurosportu, - „Czy teraz trzeba szybko zapomnieć o feralnej sobocie?”. Odpowiedział – „Nie. Trzeba pamiętać, żeby nie popełnić drugi raz tych samych błędów. Przed nami jeszcze dwa konkursy, na sobotnim świat się nie kończy.”

 

Ano właśnie, i powiem więcej, w sporcie zawsze trzeba walczyć o jak najwyższe lokaty, ale nawet gdybyśmy mieli wracać z Korei w ogóle bez medali to świat będzie istniał nadal, a my w nim. I co najważniejsze - jak twierdził św. Augustyn z Hippony – „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.” O!