Larum nad Polską – fani oburzeni są startami większości naszych reprezentantów podczas igrzysk olimpijskich w Pjongczangu. A przecież posłaliśmy do Korei Południowej rekordowo liczną reprezentację! Tymczasem z zimowej stolicy lutowych zmagań olimpijskich przywieziemy zapewne tylko dwa medale – według kibiców obronili się jedynie skoczkowie.


Spadkobiercy Małysza

Nie jest to żadne zaskoczenie. Medale Kamila Stocha w Soczi i teraz złotego lotnika z Zakopanego oraz jego trzech kompanów z drużyny to efekt boomu na skoki po erze Adama Małysza, spadek po tamtej narodowej euforii. Dzięki medalom w Lahti w 2001 roku na mistrzostwach świata i później w Salt Lake City podczas igrzysk olimpijskich odczarowane zostało fatum krążące nad polskimi sportami zimowymi (przez 30 lat nie wywalczyliśmy żadnego krążka olimpijskiego). Małysz zaś podbił serca Polaków i sprawił, że do sportu tego zaczęli lgnąć sponsorzy.

Dziś Polski Związek Narciarski jest nazywany „związkiem skoczków”, bowiem akurat ta dyscyplina ma się w naszym kraju znakomicie. Wyremontowano skocznię w Zakopanem, wybudowano w Wiśle-Malince (za 48 milionów złotych), stworzono program szkoleniowy, system który powoli wychował następców króla Adama. Wszak kiedy Małysz zdobywał pierwszą Kryształową Kulę za wygraną w Pucharze Świata, Stoch miał ledwie 14 lat. Maciej Kot był jeszcze młodszy – w czerwcu 2001 roku skończył dopiero 10 lat.

W skokach było więc ostatnio wszystko: pieniądze na szkolenie, na program Szukamy następców Mistrza, na zaplecze organizacyjne przy pierwszej kadrze, są znakomici fachowy trenerscy (po Apoloniuszu Tajnerze byli to: Heinz Kuttin, Hannu Lepistoe, Łukasz Kruczek i teraz Stefan Horngacher) i wreszcie cały zastęp talentów, z których ten Stocha objawił się jako wyjątkowy. Czy w innych zimowych dyscyplinach zbliżyliśmy się chociaż do tego luksusu?

Czas na strategię

Skoro nie, to dlaczego fani żądają worka medali od naszych sportowców? – Może trzeba byłoby się chwilę zastanowić, dlaczego oczekujemy wyników? Jesteśmy potęgą w skokach. Może stwórzmy kolejną taką dyscyplinę? – pytał w naszym środowym „Studio Pjongczang” Krzysztof Ignaczak, siatkarski mistrz świata z 2014 roku. On wie doskonale co mówi, bo sam wygrywał kolejne medale w miarę wzrastania potęgi polskiej siatkówki.

Wystarczy spojrzeć na Holandię – tam wybraną dyscypliną są panczeny. Tylko w łyżwiarstwie szybkim na długim i krótkim torze można zdobyć podczas igrzysk 66 medali! Holendrzy już zgarnęli 17 z nich – 13 na owalu Gangneung i 4 w short tracku. A do Korei Południowej wysłali jedynie 34 sportowców, w tym 30 właśnie w tych lodowych specjalnościach. Ta fenomenalna skuteczność w wybranej dyscyplinie daje im piąte miejsce w ogólnej klasyfikacji medalowej.

Polska też miała swoje lata glorii – w Vancouver nasza drużyna pań zdobyła brąz, w Soczi wywalczyliśmy aż trzy medale – złoto Zbigniewa Bródki, srebro drużyny pań i brąz panów. Dziś wszyscy psioczą, czemu w 2018 roku mamy zadowalać się 7. miejscem w biegu drużynowym i 9. lokatą Natalii Czerwonki na 1500 metrów?

Lokalny trud

A czy zrobiliśmy coś po Soczi, aby dać szansę wspaniałemu pokoleniu panczenistów? Dopiero w październiku 2017 roku otwarto pierwszą w Polsce halę lodową. I to w Tomaszowie Mazowieckim dzięki wysiłkowi prezydenta miasta i lokalnych władz, choć przy wsparciu ministerstwa sportu (19 z około 50 milionów łącznych kosztów). – Rok temu ludzie brali mnie za wariata, gdy mówiłem, że taki obiekt powstanie przed igrzyskami w Korei Południowej – mówi Marcin Witko, prezydent Tomaszowa Mazowieckiego. – Dzisiaj możemy śmiało powiedzieć, że się udało. Mam nadzieję, że teraz otworzy się worek z medalami i wkrótce łyżwiarze przywiozą wiele złotych krążków.

Dla Bródki, Konrada Niedźwiedzkiego, czy Katarzyny Bachledy-Curuś to już za późno, ale dla kolejnych talentów ten obiekt może być tylko zbawieniem. Z Tomaszowa Mazowieckiego pochodzi choćby Karolina Bosiek, najmłodsza w całej naszej ekipie olimpijskiej, która jeszcze niedawno marzyła o wyjeździe na igrzyska w Pekinie za cztery lata, a tymczasem już w Korei Południowej świętowała 18. urodziny i zajęła 16. miejsce na 3000 metrów.

W Tomaszowie takich talentów jest więcej: Natalia Jabrzyk, Olga Kaczmarek czy Karolina Gąsecka niedługo zmienią w kadrze bardziej doświadczone koleżanki. Ale jeśli słyszę, że w czasie ferii zimowych do Areny Lodowej przybyło 15 tysięcy dzieci, a być może drugie tyle odbiło się od zamkniętych drzwi, bowiem jednorazowo na ślizgawkę wpuszcza się jedynie 300 osób, to jestem spokojny o nabór talentów. Trzeba jednak pójść dalej. Związek powinien zadbać o stworzenie Szkoły Mistrzostwa Sportowego w niedalekiej Spale i opracowanie systemu szkolenia wokół hali w Tomaszowie. Minister Witold Bańka winien zaś postarać się o budowę kolejnego obiektu – tylko w 2015 roku na Zimowym Narodowym w Warszawie w ciągu pierwszego miesiąca sprzedano 120 tysięcy biletów. Dziś można już mówić, że coroczna akcja ściągnęła w stolicy na Stadion Narodowy blisko milion osób. To pokazuje zapotrzebowanie na ruch. Przecież z tych ślizgawek można z łatwością wyławiać talenty.

Obiecanki cacanki

Sławomir Chmura, który prowadzi szkolenie dzieciaków w Grodzisku Mazowieckim, ma pod opieką blisko 150 adeptów. – I więcej nie przyjmuję, bo nie mam jak się nimi zajmować. Rodzice wiszą mi na plecach i błagają, abym szkolił ich pociechy, ale nie mam możliwości. W okolicy mamy kiepskie warunki do treningu w zimie. W Warszawie lód leży góra trzy miesiące, a dowóz jest i tak kłopotliwy. W dodatku na Stegnach ciężko zarazić pasją przy minusowych temperaturach. Dlatego większe możliwości mam latem, kiedy mogę zachęcać podopiecznych do jazdy na wrotkach – opowiada olimpijczyk z Vancouver, 16-sty na 5000 metrów w 2010 roku. I niech tylko z tych 150 dzieciaków wyrośnie jeden kadrowicz. Na razie Chmura zabiera dwójkę podopiecznych na Viking Race do Holandii, najważniejsze łyżwiarskie zawody dla dzieci na świecie.

A przecież po powrocie naszej ekipy z Soczi obiecywano złote góry. Prezydent Bronisław Komorowski i premier Donald Tusk chcieli budować tor w Warszawie lub Zakopanem. Prezydent stolicy, Hanna Gronkiewicz-Waltz także obiecywała zaangażowanie. Również działacze PZŁS przekonywali, że tor w Warszawie na pewno powstanie. Mając w składzie siedmioro medalistów olimpijskich zdawali się też szybko pozyskać sponsorów dla panczenistów, związku i zaplecza technicznego.

Żwirem po oczach

Skończyło się na obiecankach. Podobnie jest w innych dyscyplinach – łyżwiarze mają najliczniejsze przedstawicielstwo w naszej zimowej tabeli medalowej. Wszak sześć krążków wywalczyło aż 9 sportowców. Ale nikt nie dorównał nadal Justynie Kowalczyk w ilości medali – biegaczka z Kasiny Wielkiej ma na koncie dwa złote, srebrny i dwa brązowe medale. A mimo to nikt nigdy nie zadbał w Zakopanem o budowę prawdziwej trasy dla mistrzyni i jej następców. Dziś na czas konkursu skoków zasypuje się bieżnię żwirem, aby zwiększyć ilość miejsc parkingowych pod skocznią. Skąd mamy więc wziąć następców narciarki z południa Polski?

A trasy biegowe i ślizgawki lodowe winny być przede wszystkim dla mas, dla tysięcy, milionów dzieciaków, które chcą i powinny szukać ruchu, pierwszej rywalizacji i odpoczynku. Z nich niech wyrastają nie tylko znakomici sportowcy, ale po prostu zdrowi lekarze czy prawnicy. Bródka nie zdobyłby złotego medalu w Soczi, gdyby Mieczysław Szymajda nie wylewał na boisko asfaltowe w Domaniewicach wody i nie zamrażał pierwszej ślizgawki dla przyszłego mistrza olimpijskiego. „Pierwszy strażak Rzeczypospolitej” zaczynał więc od zajęć na kilkudziesięciometrowym boisku, później przeniósł się na tor short tracku, a dopiero w 2008 roku trafił na tor długi. Ile takich talentów znika w Polsce co roku?

Prosta matematyka

Arena Lodowa w Tomaszowie Mazowieckim, biathlonowa Duszniki Arena, czy dwie skocznie narciarskie to rodzynki w naszym kraju. I niech nikt nie mówi, że kadrowicze i tak trenują na zachodnich obiektach, podczas zgrupowań. Chodzi właśnie o brak w kraju bazy dla młodszych pokoleń – kadr juniorskich, młodzików, czy po prostu amatorów zdrowego ruchu. Jeszcze raz – lodowa hala może być bazą do pięciu olimpijskich dyscyplin: curlingu, hokeja na lodzie, łyżwiarstwa figurowego, łyżwiarstwa szybkiego i short tracku. Daje to łącznie 32 komplety medali (96 krążków). Ale przede wszystkim powinna być sposobem na zarażanie nas wszystkim miłością do sportu.

Może wówczas łatwiej byłoby zrozumieć, że wywrotka Artura Nogala na pierwszym metrze zmagań panczenistów, to błąd techniczny, ale przede wszystkim JEGO osobisty dramat, że pudła Weroniki Nowakowskiej na ostatniej zmianie czwartkowej sztafety to powód do krytyki, ale przede wszystkim JEJ życiowa porażka. A sportowcy jadą może na igrzyska z kasy państwowej, ale są tylko czubkiem góry, która nazywa się zdrowe społeczeństwo.

W Holandii na 17 milionów mieszkańców około 170 tysięcy jest zrzeszonych jako aktywni łyżwiarze szybcy, a kilka milionów chwali się regularnym uprawianiem tego sportu – w halach, na zamarzniętych jeziorach, kanałach rzecznych, na lokalnych ślizgawkach. Oni rozumieją, że Sven Kramer, który jest jednym z najpopularniejszych sportowców w kraju, może mieć gorszy dzień i zająć dopiero szóste miejsce na 10 kilometrów, choć był wielkim faworytem niczym nasz Stoch w skokach.

Zastanówmy się też ile atleci nam dają – także finansowo, bowiem związki sportowe również odprowadzają, często spore sumy, do budżetu państwa. A obiekty do treningów potraktujmy jako inwestycję w rozwój naszych dzieci, a nie Stocha, Bródki, Nowakowskiej, Kowalczyk, czy też Roberta Lewandowskiego, Mariusza Wlazłego, Tomasza Golloba i Anity Włodarczyk.