32 letni Wilder, mistrz WBC w wadze ciężkiej, nie jest wprawdzie wyrafinowanym technikiem, ale ma swój brutalny styl oparty na znakomitych warunkach fizycznych, szybkich nogach i bombie, którą zawsze może odpalić z prawej ręki. A przy tym, co pokazał w Barclays Center w starciu z Kubańczykiem Ortizem, ma też cojones i twardą szczękę. Przyjął kilka potężnych ciosów leworęcznego uciekiniera z „Gorącej Wyspy”, przetrzymał trudne chwile w siódmej rundzie i wrócił do gry, by w dziesiątym starciu dwukrotnie posłać rywala na deski i efektownie zakończyć pojedynek.

Lennox Lewis, były król wagi ciężkiej twierdzi, że ta walka i towarzyszące mu okoliczności z pewnością wzmocni jeszcze Wildera. Porównał ją do pojedynku Władimira Kliczki z Anthonym Joshuą, w której młodszy z mistrzów olimpijskich  i rodak Lewisa, też miał kłopoty i wyszedł z nich obronną ręką. 

Nie ulega wątpliwości, że Wilder, brązowy medalista igrzysk w Pekinie (91 kg) miał w osobie Ortiza najtrudniejszego jak do tej pory przeciwnika. Silnego, doświadczonego, świetnie wyszkolonego technicznie, do tego walczącego z odwrotnej pozycji. No i potrafiącego mocno uderzyć.

Blisko 39 letni Ortiz boksuje od dziecka, w karierze amatorskiej stoczył prawie czterysta walk, z czego zdecydowaną większość wygrał, co na Kubie nie jest sprawą łatwą. 
Wilder zaczynał późno, miał 20 lat, gdy trafił do Skyy Boxing Gym w Northport w rodzinnej Alabamie. Ale niespełna dwa lata później był już zdobywcą Złotych Rękawic i mistrzem USA. Na MŚ w Chicago, w tym samym roku, sukcesu jednak nie odniósł, przegrał z Krzysztofem Zimnochem, który orłem nigdy nie był. Za to na igrzyskach w Pekinie był jedynym amerykańskim pięściarzem, który stanął na podium. 

Na zawodowych ringach jest od dziesięciu lat. 40 zwycięstw, 39 przed czasem, tytuł mistrza świata wywalczony trzy lata temu, siedem skutecznych obron. Bilans robi wrażenie, ale bez takich walk i takich zwycięstw jak to na Brooklynie z Ortizem, niewiele znaczy.

Wilder popełnia wiele błędów, może zbyt wiele jak na mistrza, ale ma też argumenty, które je niwelują: 201 cm wzrostu, gigantyczny zasięg, mobilność i kończące uderzenie. A jak poczuje krew nie popuści. Słynne wiatraki włącza jednak do swojego repertuaru dopiero wtedy, kiedy chce dobić ofiarę, kiedy do głosu dochodzi instynkt zabójcy.
Podobny miał Riddick Bowe, który był jednak znacznie lepszy technicznie, ale gdy decydował się kończyć robotę też nie przebierał w środkach. Sędziowie w takich sytuacjach najczęściej przymykają oczy na nasady, uderzenia przedramieniem, czy inne tego typu „kwiatki”.

Nie wiem jak będzie wyglądał unifikacyjny pojedynek Wildera z Joshuą, jeśli do niego dojdzie, ale emocji będzie w nim co niemiara. Nie mówiąc o pieniądzach i zainteresowaniu. Najpierw jednak mistrz WBA, IBF musi 31 marca w Cardiff pokonać czempiona WBO, Nowozelandczyka Josepha Parkera. Joshua będzie faworytem i myślę, że nie zawiedzie. Miał 18 lat, gdy po raz pierwszy założył bokserskie rękawice, cztery lata później został wicemistrzem świata amatorów, a w piątym roku treningów złotym medalistą olimpijskim w Londynie (2012). Jego zawodowy rekord robi wrażenie: 20 zwycięstw, 20 nokautów. Pierwszy pas (IBF) zdobył dwa lata temu, drugi (WBA) przed rokiem wygrywając na Wembley z Kiczką. Można sobie tylko wyobrazić co się będzie działo jak dwóch takich kilerów, jak Wilder i Joshua wyjdą kiedyś do ringu. Od pierwszego gongu nokaut będzie wisiał w powietrzu.

Ale do „Walki Stulecia jeszcze daleka droga, choć już dziś możemy zacząć się przyszłą wojną emocjonować. Postawię w niej na Brytyjczyka, to wiem, ale jak Wilder go znokautuje, nie będę zaskoczony. Bo tacy jak „Bronze Bomber” z Alabamy,  zawsze mogą jedną bombą zmienić wszystko.