„Ulubiona” przez Romana Kołtonia, wielokrotnie analizowana tzw. „ESA 37”, poprawiła telewizyjną oglądalność, poziom emocji, zainteresowanie kibiców, ale odebrała też tytuł Legii Warszawa (2014/15) czy spowodowała degradację Podbeskidzia (2015/16). A natłok letnio-jesiennych meczów pozbawił nas w tym sezonie drużyn w fazach grupowych europejskich pucharów.

 

Ale nie tylko my popełniamy błędy. Zrobiła to także UEFA. Tyle, że szybko je naprawiła. Reforma "Platiniego", która miała ułatwić drogę mistrzom ze słabszych piłkarsko krajów, by i one mogły posmakować prestiżu Champions League i zasiąść z bogaczami także do finansowego tortu, nie zdała egzaminu. Już wiadomo, że do sezonu 2018/19 fazy grupowej Ligi Mistrzów, (który wraz z Ligą Europy pokażemy na sportowych antenach Polsatu) Bułgarom, Słowakom, Węgrom czy Serbom zakwalifikować się będzie jeszcze trudniej. Dotyczy to także najlepszego zespołu naszej Ekstraklasy. W domyśle Jagiellonii Białystok, Legii Warszawa czy Lecha Poznań. Bo Górnikowi Zabrze, w mojej opinii, została już tylko walka o czwarte miejsce i krajowy Puchar.

 

Byłemu boiskowemu koledze Zbigniewa Bońka i ex-szefowi Europejskiej Federacji Piłkarskiej i tak trzeba podziękować. Polskie kluby od sezonu 2009/2010 miały dziewięć szans na fazę grupową. Bo UEFA zgodnie z ideą Michela Platiniego przyznała: 22 miejsca zespołom z piętnastu najmocniejszych rankingowo; o pozostałe 10 miejsc walczyli w dwóch oddzielnych grupach (mistrzowskiej): mistrzowie słabszych federacji oraz (niemistrzowskiej) kluby z drugich, trzecich i czwartych miejsc lig czołówki. Chodziło o to, by zdobywca tytułu np. z Polski nie trafiał na brązowego medalistę z Włoch czy czwarty zespół angielskiej Premier League. Co z tego wyszło?

 

Polskim ekipom awansować udało się w tym czasie tylko raz! W roku 2016, głównie dzięki szczęśliwemu losowaniu rundy play off (pół-amatorskie FC Dundalk z Irlandii) gorzki smak grupy poczuła Legia Warszawa. W pozostałych przypadkach drzwi klubowi ze stolicy zamykały: kazachska Astana, rumuńska Steaua i szkocki Celtic - przez … proceduralny błąd i tzw. "aferę Bereszyńskiego". Lech Poznań poległ ze szwajcarską Bazyleą oraz czeską Spartą Praga, Wisła z cypryjskim Apoelem Nikozja i estońską Levadią Tallin (sic!). Śląsk Wrocław ze szwedzkim Helsinborgiem. Pomijam już fakt, że rzadko komu udawało się dojść do ostatniej rundy kwalifikacji. Słowem: nie pasowaliśmy do Champions League! Nawet mimo starań słynnego Francuza.

 

UEFA utrudniając nam i tak już niełatwą (dla nas) drogę do Ligi Mistrzów patrzy jeszcze szerzej. Nawet w 1/8 finału dochodzi do tak jednostronnych meczów jak Porto – Liverpool (0:5), Basel – Manchester City (0:4) czy Bayern – Besiktas (5:0). Poziom sportowy i dramaturgiczny zachowany jest tylko wtedy, gry grają Real Madryt z Paris SG, Juventus z Tottenhamem czy Chelsea z Barceloną. To jest prawdziwa Champions League! Taką chce się oglądać na stadionach i przed telewizorami. To generuje pieniądze. Spotkania takie, jak te w fazie grupowej tego sezonu: Apoel Nikozja – Real (0:6), PSG – Celtic (7:1), Chelsea – Qarabag Agdam (6:0) czy Maribor – Liverpool (0:7) są bez sensu. Bawić mogą tylko „szyderców”. Jak dwa pojedynki Legii Warszawa z Borussią Dortmund sprzed półtora roku. Choć ten z Westfalii (8:4 dla BVB) zapisał się w historii tych rozgrywek. Szkoda tylko, że z wstydliwego dla naszej piłki powodu.