Obawiałem się bowiem, że po tych kilku klopsach w sumie międzynarodowego arbitra, ale przede wszystkim Polaka, naszego sędziego, człowieka stąd, nastąpi seria tłumaczeń: że nie było tak źle, bo jednak trzy bramki uznał, że w paru kontrowersyjnych sytuacjach zachował się z „duchem gry”, że kilku innych, nie było takiej fizycznej możliwości, nie mógł dostrzec. Przecież nikt by nie dostrzegł! Ani w niedawnej przeszłości Collina, ani w zamierzchłych czasach Vautrot czy Alojzy Jarguz.

A mogło być tak:
Przede wszystkim, w zgodzie z ogólną linią, winniśmy się szczycić samym faktem, że Polak posędziował tak prestiżowy mecz. I prawdopodobnie nie będzie to jego ostatni taki mecz. Nie był pierwszy i nie będzie ostatni. Prestiżowy mecz, Polak w roli głównej, a więc i na nas nieco prestiżu, niewykluczone, że prędzej czy później, spłynie. Polak sędziował na Wembley (a kiedy ostatnio, drodzy czytelnicy, zdarzyło się by Polak z gwizdkiem biegał po murawie Świątyni Futbolu?) najogólniej tak sobie, ale przecież mecz nie był łatwy. Powiem więcej, on był nawet momentami koszmarny i do sędziowania i do oglądania. I puenta była też w jakimś sensie koszmarna, przynajmniej dla jednej strony. Wychowywała Polska arbitrów wybitnych, lecz na arenie międzynarodowej niedocenianych (wychowywała również wybitnych trenerów i piłkarzy i los ich był podobny). Mieliśmy Domarskiego (to przecież było Wembley), rekordzistę Chomontka (miliard podbić piłki wszystkim co możliwe). Mamy Lewandowskiego i czwarte czy piąte miejsce w rankingu. Mamy jeszcze gwiazdę pierwszego formatu w sędziowaniu, którą za wszelką cenę należy chronić, bo to jest polska gwiazda. Wiadomo: „Słowacki wielkim poetą był.” Bo jeśli my nie będziemy się, sami siebie, nawzajem, cenić, nikt nas nie doceni. Bo czy sąsiad ze Wschodu czy z Zachodu nas doceni? Oni mają swoje problemy i swoich własnych arbitrów. Więc chwalmy Pana (Szymona Marciniaka), że mecz poprowadził do końca, że Juve wygrało, że Tottenham powinien był wygrać, że z grubsza rzecz biorąc nikomu nic się nie stało, i że mamy nadzieję, szczęśliwie powrócił na łono ojczyzny. A i dla niego nadejdą jeszcze piękne czasy, na jego i naszą chlubę.

PS. Jeszcze jeden argument, że jest całkiem dobrze: otóż najbardziej chyba kosmopolityczny tytuł w kraju napisał po meczu o Marciniaku, cytuję: „Mógł wypaczyć wynik meczu.” Ergo – nie wypaczył. No bo tak: po co w sumie, umownie, Anglicy kopali tą fatalną piłkę tak, że spadała na ręce Benatii i Chielliniego? Po co Costa tak dziwnie biegł, że musiał go gonić i w końcu faulować Vertonghen? Po co Son kładł się w taki a nie inny sposób na murawie Świątyni Futbolu (po której, przypominam, osobiście biegał sędzia Marciniak), że na tej samej murawie Barzagli nie mógł normalnie stanąć butem? No po co?

PS. 2 Do napisania tego tekstu zainspirował mnie felieton Kisiela „Historia tubki z klejem” (Felieton optymistyczny). Polecam.

Felieton Stefana Kisielewskiego „Historia tubki z klejem” TUTAJ